styczeń 2010

February 6th, 2010

Wróciłam z obozu i co? I pstro. Biegałam, ale nie tak dużo jak zamierzałam. Trochę plany pokrzyżowały mi tęgie mrozy, jakie nadeszły i obfite opady śniegu. Ale nie poddawałam się. Okazuje się, że jednak styczeń 2010 pod względem kilometrażu wcale nie taki gorszy od stycznia 2008 (choć na pewno zdecydowanie wolniejszy i bardziej siłowy). Poza bieganiem były też biegówki, łyżwy, regularne ćwiczenia na sali (piłki, płotki) i trochę gry w kosza, pływanie i jazda na rowerze. Brałam też udział w zawodach, ale nie spodziewając się rewelacji zrobiłam wszystko jak zwykle zimą “na zaliczenie”, trochę próbowałam bawić się tym pulsometrem, ale raczej na zasadzie niezależnego obserwatora, bo trudno mi pilnować tętna. Najpierw muszę się z tym oswoić.

Jedyną radość z zawodów miałam na Pucharze Bielan, gdzie przez 2 pierwsze kilometry biegłam z synem nadając mu tempo, po czym on ruszył fantastycznie do przodu, a ja spokojnie dobiegłam swoim tempem. Bardzo jestem z niego duma. Ma chłopak talent, zdrowie, dobre wyczucie dystansu, tempa, własnych możliwości i szybkie nogi. Maszka jest jeszcze za młoda na ten bieg, ale myślę, że za 2 lata i ona pokaże co potrafi. Poza tym koniec pierwszego semestru w szkole. Masza wyszła z rewelacyjną średnią 5,0, a Maurycy 4,5. Może pod koniec roku da się jeszcze trochę docisnąć, bo potencjał jest, potrzeba tylko więcej się przyłożyć. Tak, ja też muszę się bardziej przyłożyć, bo z samej samodzielności moich dzieci lepszych ocen nie będzie. Za bardzo są leniwe. Po mamusi zapewne.

A zatem styczeń to był jednak dobry miesiąc i jeśli wszystko się dobrze ułoży, to jeszcze mam szansę w tym sezonie coś wypracować. Nie będzie łatwo, bo bardzo przeszkadza mi praca – trudno układać treningi, gdy mam tak nieregularny grafik, ale chodzenie na żywioł to nie jest dla mnie nowina. Gorzej z pracą w weekendy, gdy nie mogę wziąć udziału w zawodach oraz praca w nocy, która totalnie rozbija mnie fizycznie i psychicznie. Odsypianie w dzień jest krótkie i bezsensowne – żadna to dla mnie regeneracja. Jakoś łatam, kombinuję, ale widzę, jak źle to na mnie wpływa.

Gdy w ekspresowym tempie zbliżam się do 40-tki (chodzi tu o mój wiek, a nie o kolejny kilometr trasy maratonu) staję się zupełnie niewidoczna dla mężczyzn jako takich oraz dla przyszłych pracodawców. Starzeję się po prostu. Ostatnio spoglądając w lustro trudno mi było odnaleźć jakieś resztki dawnej urody. Jestem coraz brzydsza, opuchnięta, pomarszczona, szara, nijaka. No i stało się. Nie spodziewałam się, że pośród moich miękkich, jasnych włosów znajdę siwe. Znalazłam trzy. Wyrwałam, żeby się im bliżej przyjrzeć, bo nie mogłam uwierzyć, że to możliwe. A jednak. Były inne. Jakieś takie sztywne i szorstkie. Jak nie moje. Ale nie będę już więcej wyrywać, bo zostanę łysa. Niech będzie – siwieję. Świat się od tego nie zawali.

Plany na luty konkretne – więcej biegać, wprowadzić trochę szybszych akcentów i nadal dużo różnorodnych sportów. I już można zacząć zrzucać trochę wagi (to zresztą przyjdzie samo). Lepiej się wysypiać, o ile to możliwe. Nie dopuścić dzieci do zawalenia początku semestru. Potem już jakoś poleci.

Siódmy i ósmy – podsumowanie obozu

January 10th, 2010

Nie cierpię pulsometru. Nie biegam z tym paskiem już chyba ze trzy lata. Przed obozem w przesłanej uczestnikom obozu ankiecie Filip pytał m.in. o to, czy posiadamy. A zatem domyśliłam się, że dobrze go będzie ze sobą wziąć, choć będę się bronić rękami i nogami przed użyciem. Po wczorajszym wykładzie dziś będziemy robić testy. Bieganie na tętno nigdy mi się nie udawało, wolę biegać na wyczucie. Po kilkuminutowej krótkiej rozgrzewce w spokojniutkim truchcie i paru ćwiczeniach mam zrobić 10 x 30″ z przerwą 30″ z narastającym o ok. 5 uderzeń/min. tętnem od 135 do max. Oczywiście na początku nie umiem tego zbyt dobrze zaplanować, po pierwszej przebieżce tętno skacze mi do 140, gdy już się zdążyłam zatrzymać, potem idzie mi już lepiej. Potem kilkunastominutowe roztruchtanie i idę się domęczyć na ergocyklometrze. Po południu basen – nie wiem dlaczego podchodzę do tych treningów w wodzie z taką niepewnością i niechęcią. Gdybym zmieniła nastawienie na pewno byłoby dużo lepiej. Potrzebuję jakiejś dobrej motywacji najlepiej w postaci pochwał i zachwytów, a tymczasem oceniam na trzeźwo swoje umiejętności pływackie względem grupy i wychodzi mi, że jestem najwolniejsza, najsłabsza, robię najwięcej błędów, a co za tym idzie robię najmniej powtórzeń, “oszukuję” pływając z piankową ósemką między nogami. Gdy kończy się trening aż jestem zdziwiona, że był tak krótki, chyba niepotrzebnie nastawiałam się na coś długiego i mozolnego, a tymczasem godzina w wodzie upłynęła szybciutko. Jeszcze wchodzę na parę minut do jaccuzzi, skąd mogę poobserwować jaki trening robi Filip – wrażenie jest niesamowite, bo wydaje się, jakby jedną ręką zagarniał wodę co najmniej na ćwierć basenu i jakoś tak ciągle widzę górną połowę ciała nad wodą, podczas gdy nasze pływanie odbywa się chyba głównie pod lustrem wody. Nie wiem, nie wiem, może mi się tylko tak wydaje. Po basenie idę do sauny rzymskiej. Potrzebuję trochę urozmaicenia, regeneracji, nowych bodźców. Ledwie wytrzymuję tam niecałe 3 kwadranse wychodząc kilka razy pod lodowaty prysznic. Wieczorem omawiamy wyniki dzisiejszych testów, a poza tym dużo dodatkowych pytań, a mnie się już oczy kleją. Na zakończenie dostajemy dyplomy. Padam do łóżka.

Rano budzę się o godz. 6 i ruszam do lasu biegiem. W nocy przeszedł prawdziwy mróz – to już nie jest temperatura około zera, czuć że jest mocno poniżej. Wokoło ciemno, ale droga ośnieżona, widzę wszystko bez czołówki. Biegnę spokojnie znaną trasą do plaży, potem zawracam, dobiegam do szlabanu i z powrotem na plażę. Teraz z poziomu morza 5 razy wbiegam lekko, bez siłowania na najwyższy punkt wydmy i luźniutko zbiegam (po ok. 3′ tam i z powrotem) i spokojnym truchtem wracam do pensjonatu. Mam na sobie pulsometr. Tak. Mam. Po wczorajszym. Trenerzy przekonali mnie, że może warto go używać.  Biegnę ze spokojnym tętnem ok. 135-140, a na szczycie wydmy staram się nie przekraczać 161. Po godzinie biegu mam “na luźnym” 148. Teraz szybka kąpiel, pakowanie, śniadanie, pożegnanie z Filipem i Marcinem i korzystając z uprzejmości Państwa Polańskich ruszam z nimi z powrotem do Warszawy.

Czas na podsumowanie obozu. Miejsce – zarówno mieścina, o tej porze roku fantastycznie wyludniona, okolica – doskonałe tereny do biegania i jazdy na rowerze MTB oraz jako bonus morze, w którym można się kąpać, ale nie trzeba, jak i pensjonat Tristan – czysty, wygodny, komfortowy z zapleczem sportowym były rewelacyjne. Aż chce się tam wrócić, nie tylko na obóz – po prostu na wypoczynek, aktywny oczywiście. Towarzystwo bardzo miłe – zarówno koledzy, jak ich żony i dzieci tworzyli dobrą, sympatyczną rodzinną atmosferę – bez narzucania się, ale i bez nadmiernej izolacji. Koledzy jako partnerzy w treningu byli akurat – nie aż tak bardzo od nich odstawałam w swoich umiejętnościach, czyli poziom może nie był zupełnie wyrównany, ale z grubsza podobny (poza Kamilem, mistrzem windserfingu). Nasi trenerzy spisali się na medal. Choć to był pierwszy zorganizowany przez nich obóz obyło się bez większych wpadek, widać, że byli dobrze przygotowani, a zarazem elastyczni wobec naszych potrzeb i propozycji, z ogromną wiedzą i doświadczeniem, w sposobie bycia bardzo mili, opiekuńczy, chętnie dzieli się z nami swoją widzą, bardzo dokładnie i szczegółowo odpowiadali na nasze pytania i wątpliwości. Pracowali nad naszym doskonaleniem nie tylko podczas wspólnych treningów i czasu poświęconego na wykład, lecz także w międzyczasie pracowali nad analizą nagrywanych filmików, dzięki czemu mogli do każdego z nas podejść indywidualnie. Filip bardzo energiczny, wydawał się nakręconą sprężyną, którą jakaś wewnętrzna siła samokontroli puszcza w miarę naszych możliwości, ale gdyby tylko mógł, to leciałby jak rakieta. Jego dynamizm przejawiał się także w sposobie mówienia. Wydawał się przez to młodszy niż jest w rzeczywistości. Natomiast Marcin był bardziej stonowany, lecz nie pozbawiony ikry. Niestety choroba w ostatnich dniach obozu bardzo przeszkadzała mu w tym, aby realizować się w 100%, ale nie przeszkadzało mu to otaczać nas niemalże ojcowską opieką, rozwagą i troską. Ma człowiek zadatki na króla.

Moje oczekiwania zostały spełnione. Nie planuję w tym sezonie żadnych triathlonów, więc nie bardzo interesował mnie trening pod tym kątem. Ale chciałam, aby coś się zmieniło w moim pływaniu, chciałam zobaczyć błędy, usłyszeć od kogoś, kto się na tym zna, jak je eliminować, nad czym i jak pracować. Jeśli chodzi o jazdę na rowerze, to ze zdziwieniem muszę przyznać, ze spodobały mi się treningi na rolkach. Bardzo dobra nauka własnego ciała, koordynacji, równowagi, choć oczywiście są też minusy – lejący się litrami pot i niezmienny krajobraz. Może nawet sobie takie rolki kiedyś sprawię. Usłyszałam też wiele rad dotyczących szybkich zmian w tri, czego może kiedyś też spróbuję. I wiem jakiej wielkości rama będzie dla mnie idealna 52-54 cm. Jeśli chodzi o bieganie, to filmy nagrane podczas rytmów bardzo mnie podbudowały – wiem, ze jak mi zależy, to potrafię biegać ładnie. Widok mnie podczas truchtu jest jednak żałosny. Muszę nad tym popracować. Miałam wiele dobrych okazji do treningu biegowego – nie wszystkie wykorzystałam tak jak chciałam, ale przecież nie jechałam do Kątów, aby się zajechać, tylko po to, aby odpocząć. Psychicznie odpoczęłam bardzo. No i ten pulsometr – może się z nim przeproszę. Marcin dał mi wytyczne na najbliższe tygodnie, jeśli chodzi o zakresy tętna na planowanych zawodach. Postaram się ich przestrzegać. Zobaczymy co z tego wyniknie.


A oto (prawie) wszyscy uczestnicy Sylwestrowego Obozu Triathlonowego 2009/2010 w Kątach Rybackich wraz z trenerami:


Od lewej: Tomek Bigoszewski (Tom73), Basia Muzyka (MEL.), Filip Szołowski (trifilip), Rafał Polańki (suf), Tomek Staśkiewicz (Tatajanaiadama), Przemek Wojtasik, Marcin Mieszkowski (mmieszek), Marcin Florek.

Szósty dzień, Nowy Rok

January 7th, 2010

Ze względu na wczorajszą zabawę śniadanie dziś jest później, a potem trening łączony, czyli zakładka rower-bieg. Jadę 45 minut na rolkach i naprawdę jestem z siebie zadowolona, bo spadam zdecydowanie rzadziej. Dziś robimy kilka kilkusekundowych młynków. Śmieszne to takie. Potem szybko rozbieram się z mokrych ciuchów (łącznie z bielizną i skarpetkami), wycieram do sucha, wskakuję w ubranie biegowe i ruszamy na wydmy. Mamy zrobić lekki 5-6 kilometrowy bieg, ale decydujemy się zrobić 10-km pętlę. Bo jest tak przyjemnie. Na plaży jednak wiatr wieje za mocno, więc krosujemy w lesie. Po obiedzie nie ma zajęć, więc idę na spacer – nareszcie w drugą stronę, do Zalewu Wiślanego. Znajduję fajne miejsce, gdzie mogłabym wypróbować moje łyżwy, ale trochę się boję jeździć tam sama. Prawdziwy mróz jeszcze nie nadszedł i nie jestem zbyt pewna grubości lodu. Ale przynajmniej zaliczyłam miły spacer po okolicy.

Wieczorem znów wykład – tym razem z monitoringu treningu. A jutro mamy robić testy (coś w rodzaju testu Żołądzia) – niektórzy będą sobie badać progi mleczanowe, potem to omówimy.

Piąty dzień, Sylwester

January 5th, 2010

Dziś ostatni dzień roku. Rano rutyna – śniadanie, potem trochę wolnego czasu na strawienie. Tomek już dziś wyjeżdża, więc przed podróżą planuje kąpiel w morzu. Muszę to zobaczyć na własne oczy. Służę za kierowcę, jedzie z nami jeszcze Edgar w roli fotoreportera tego niezwykłego wydarzenia. Nie wierzyłam, a jednak stało się – Tomek wszedł do Bałtyku mniej więcej do połowy uda, a potem nadchodząca fala obryzgała go całego. Nie dziwię się, że szybko z morza wyskakiwał. Ale zrobił to! I to jeszcze zanim stał się Ironmanem.

Kot z TristanaW Kątach obok naszego pensjonatu popasuje gromada kotów – raz naliczyłam ich 11 grzecznie siedzących razem. Tristan ma też swojego kota, a może to kot ma Tristana, nie wiem. Jest bardzo towarzyski, a ja z braku innego towarzystwa czasami się z nim bawię.

O godzinie 10.00 zbieramy się wszyscy na krótką rozgrzewkę przed Biegiem Sylwestrowym. Sprawdzanie listy startowejWyścigi odbywają się w formule “na dochodzenie”, czyli każdy z uczestników deklaruje w jakim czasie pokona 10 km trasę ze startem i metą przy bramie wjazdowej do pensjonatu, a potem startujemy wg deklaracji od najwolniejszego do najszybszego tak, aby metę osiągnąć o godzinie 11.15. Ja deklaruję 54 minuty i tuż przed startem zrzucam z siebie kurtkę i bluzę.

Start do Biegu Sylwestrowego

Biegnę w samej koszulce, co często mi się zimą zdarza. Biegnę sama, ale już po kilkunastu minutach mijają mnie zawodnicy. Droga trochę śliska, ale nie aż tak, żeby się przewrócić, tylko stopy czasami śmiesznie uciekają w tył. Mój finisz po 52 minutach 25 sekundachDobiegam do plaży i widzę piękny sznurek uczestników biegu – to jest w tej formule najwspanialsze, że z czasem zaczynamy (a przynajmniej powinniśmy) się zagęszczać. Nagle z tyłu atak dwóch napastników, którzy za pomocą czerwonej bluzy próbują mnie skrępować (czyli ubrać). Zwycięsko odpieram atak, napastnicy oddalają się swoim tempem w kierunku mety, po czym okazuje się, że podczas zaciętej walki jeden z nich zgubił rękawicę i musi się po nią wrócić. Drugi wykorzystuje to i samotnie podąża po zwycięstwo. Ja spokojnie biegnę plażą dalej, potem stromo pod górkę na wydmy i krętą, pagórkowatą drogą do szlabanu, lecz zanim go osiągnęłam zauważyłam nadbiegających z naprzeciwka Filipa i Tomka, którzy mi towarzyszą aż do mety. Mój czas to 52:25 i jestem ostatnią nadbiegającą, bo choć też co nieco ściemniłam (3%), to jednak dużo mniej niż inni.

Na mecie czekają na nas piękne medale wykonane przez dzieci pod opieką Tomka, cukierki oraz kot.

Podium - wszyscy dostaliśmy medale z nr 1

Więcej zdjęć autorstwa Rafała, Lili lub Edgara Polańskich z obozu w Kątach Rybackich 27.12.2009-03.01.2010.

Po południu dla chętnych rower. Oczywiście, że jestem chętna. Cóż innego mogę robić, skoro nigdzie w okolicy nie ma lodowiska, więc przywiezione ze sobą łyżwy są zupełnie bezużyteczne. Znów jeżdżę na rolkach i muszę przyznać, że zabawa coraz bardziej mi się podoba. Już nie spadam tak często, już coraz rzadziej opieram się o ścianę. Po prostu jadę. Choć oczywiście w miejscu. Po 45 minutach takiego treningu robię drugie tyle na ergocyklometrze. Potem kąpiel, odpoczynek.

Wieczorem idziemy razem z Lilą, Rafałem, Edgarem i Matyldą na spacer nad morze. Wczoraj była pełnia, więc i teraz, gdy tylko księżyc przebije się przez chmury to pięknie wszystko oświetla. Na zaśnieżonej ścieżce można się obyć nawet bez latarki. Woda w morzu wydaje się dziwnie ciepła. Potem szybko przebieramy się i zaczynamy zabawę sylwestrową. Gdy schodzę na dół widzę, że przekąsek i napitków cała masa i choć nie zwykłam jadać o tej porze, to jednak skusiły mnie pyszne ravioli. Towarzystwo raczej nie tańczy, więc bawię się z dziećmi – Matyldą, Zosią i Bartkiem. O północy strzelają szampany, potem fajerwerki. Telefonuję do dzieci – były z dziadkami w Poznańskiej Operze na balecie Stworzenie świata wg Josepha Haydna. Gdy tylko dopadają mnie wspomnienia poprzednich nocy sylwestrowych i łzy napływają do oczu staram się jak najszybciej oderwać, przebieram się w piżamę i wpadam do łóżka, zanim rozkleję się na dobre.

Czwarty dzień na obozie triathlonowym w Kątach Rybackich

January 3rd, 2010

Dziś po śniadaniu mamy do wyboru bieg lub rower. Jesteśmy jednomyślni – wybieramy bieg. Pogoda jest cudowna, temperatura -1 oC, bezwietrznie, niewiele chmur, co i rusz przebija się słońce. Po wczorajszym krosie trenerzy prowadzą grupę na 10-km pętlę w spokojnym tempie ok. 6:00, ale Tomek i ja decydujemy się zrobić coś dłuższego, też wolnego. Kawałek biegniemy wszyscy razem, a gdy mamy się rozłączyć, to Marcin dokładnie tłumaczy jak prowadzi droga, jakie są oznakowania szlaku, gdzie trzeba skręcić, żeby się nie zgubić gdy skończy się las. Ja tego wszystkiego słucham jednym uchem. Wiem, że się nie zgubię, bo na tej mierzei nie da się zgubić – zawsze można skręcić w lewo i w końcu trafić na plażę albo w prawo i trafić na drogę. Inaczej się nie da. Gdy tylko grupa zostawia nas samych obydwoje zaczynamy sobie w głowie kombinować. Przy pierwszej kuszącej górce Tomek proponuje jej zdobycie. Tę pierwszą jednak omijamy, dopiero przy drugiej decydujemy się zrobić odbicie z drogi. Biegniemy po wydmie po mniej udeptanej ścieżce, czasami zupełnie bez ścieżki po mięciuteńkim, zapadającym się pod butami poszyciu, przeskakujemy przez leżące gałęzie. Takie bieganie bardzo lubię. Przepełnia nas jakaś taka radość, dzikość, czuć, że endorfiny tryskają nam prawie uszami, w czym dużą zasługę ma przebijające przez gałęzie iglaków słońce. W końcu trafiamy na ścieżkę zupełnie na skraju skarpy i teraz to już prawie orgia zmysłów – widok fal na morzu, a do tego jeszcze ich szum dopełniają wrażenie szczęścia absolutnego. Trzeba bardzo uważać, żeby nie dać się zahipnotyzować temu widokowi, bo trzeba przecież spoglądać pod nogi – podłoże jest przecież nierówne i pełne niespodzianek. W końcu pada propozycja zbiegu na plażę – stromo po zmrożonym piachu. Tutaj szmer morza już nie jest łagodny, morze dominuje. Cudnie się biegnie po różnym, gładkim podłożu. Piach jest dość ubity, twardo poddaje się naciskom buta, na nim cieniutka warstewka śniegu. Po upływie godziny od startu zawracamy i planujemy pobiec z powrotem plażą aż do wejścia nr 53 najbliżej naszego pensjonatu. Po drodze mijamy kutry, które właśnie wróciły z połowów, rybacy oczyszczają ryby, a hordy mew próbują uchwycić w locie wyrzucane przez rybaków odpadki. Wracamy do Tristana po 2 godzinach mając w nogach 19,2 km (wg urządzenia pomiarowego Tomka). To był piękny bieg.

Po kąpieli wybieramy się do pobliskiego baru rybnego “U Basi” na pyszną świeżą rybę. Ja rozsmakowuję się w delikatnym mięsie halibuta, reszta towarzystwa chwali swoje danie – dorsza.

Po obiedzie i krótkim wypoczynku jedziemy znów na basen. Tym razem do naszej grupy dołączył Marcin M., ale Kamil niestety już nas opuścił. Trening ciekawy, ale nie daję rady robić wszystkiego. Tętno skacze mi jak szalone, opijam się wodą, ale pamiętając o swoich błędach staram się wciąż poprawiać, w czym oczywiście pomagają mi trenerzy na bieżąco pokrzykując i pokazując co i jak. Motywują mnie najlepiej, bo chwalą, jeśli coś mi się udaje zrobić dobrze. Ja i tak nie do końca w to wierzę, ale trochę staram się jednak im zaufać. Wtedy od razu rosnę i staram się jeszcze bardziej.

Wieczorem znów wykład nt. biegu w triathlonie, i pytania, odpowiedzi, dyskusje, żarty. Na jutro planujemy Bieg Sylwestrowy, czyli wyścigi. Fajnie!