Posts Tagged ‘Ironman’

Czasem słońce, czasem deszcz, ale przede wszystkim wiatr

Monday, September 7th, 2009

Tak jak przebiegnięcie dwóch półmaratonów nie robi z nas maratończyków, tak samo ukończenie dwóch dystansów pół-Ironman (tzw. dystans średni: 1,9+90+21,1 km) nie czyni z nas ironmanów. Ale ja już mam te dwie połówki za sobą i trudno nie być z tego dumną. Pierwszy raz w czerwcu w Suszu, drugi raz 6 września 2009 roku w Borównie koło Bydgoszczy na imprezie Triathlon Polska. I o tej imprezie trochę wspomnień.

Zapisy i opłata startowa wniesione gdzieś wczesną wiosną, gdy jeszcze miałam słabe pojęcie o pływaniu w jeziorze i jeździe na rowerze szosowym, gdy nie byłam pewna, czy będę mogła biegać, bo bolała mnie lewa stopa. Ale duży limit czasowy na połówkę (11 godzin) zachęcał do tego, żeby spróbować. Tym bardziej, że to impreza w ubiegłorocznej edycji zebrała bardzo wiele pozytywnych opinii i grupa IM 2010 wybrała ją jako sprawdzian – cześć wybrała dystans długi, część średni. I faktycznie na liście startowej znakomita większość w rubryce “klub” deklaruje nazwę Projektu IM 2010, a potem na trasie aż roi się od charakterystycznych strojów klubowych (choć nie wszyscy z nas w takich strojach startowali – ja wybrałam kolorystykę dopasowaną do Jajecznicy). Moje założenia na te zawody nie były zbyt ambitne, bo wiedziałam, że zbyt wiele pracy treningowej nie włożyłam po poprzednich zawodach, a ze względu na nieregularne pory snu i posiłków byłam ostatnio bardzo przemęczona i niedospana – dodatkowo przez dwie noce przed startem pracowałam, a trzecia noc tuż przed startem została zakłócona przez przygotowujących się do wczesnego startu na godz. 7.00 sąsiadów, więc już od godz. 5.00 mogłam się przygotowywać do zawodów rozpoczynających się dla mnie o godz. 11.00, a także obserwować i kibicować zawodnikom z pełnego dystansu. A zatem założeniem było osiągnąć podobny wynik jak w debiucie Suszu, ew. poprawić trochę bieg i koniecznie mniej czasu spędzić w strefie zmian. Muszę przyznać, że założenia udało mi się zrealizować, a zatem jestem zadowolona, choć tym razem nie miałam takiej euforii, jak podczas debiutu w Suszu.

Zaczęło się od pływania – trójkąt w wodzie, wyjście na brzeg z obiegnięciem beczki i drugi trójkąt. Wystartowałam spokojnie, ale od początku czułam pewnego rodzaju “przytkanie”. Jakby mi pianka trochę dusiła szyję. Ale płynęłam dość dobrze (jak na siebie). Niepotrzebnie czasami zatrzymywałam się, żeby rozeznać się w nawigacji (słońce wychylało się zza chmur i trochę raziło), a może bardziej, żeby złapać głębszy oddech przy tej walce z wodą. Dopiero przy drugim trójkącie zaczęłam sobie w głowie nucić mój ulubiony utwór Paolo Frescu (którego słuchałam w nocy przed startem), dzięki czemu załapałam jakiś tam rytm i odwracałam swoją uwagę od tego, że walczę z żywiołem. Gdyby można było, to wolałabym sobie gwizdać. Przy ostatnim nawrocie były niezłe fale – dla mnie to zupełna nowość i niezłe zaskoczenie. Trochę się przy tym wody opiłam. Ale gorsze było to, że na ostatniej prostej zaczęły mnie łapać skurcze lewej łydki. Nie byłam pewna czy będę w stanie kontynuować zawody. Ale na szczęście po wyjściu na brzeg ból minął.
Dobieg do strefy zmian – tym razem udało mi się częściowo zdjąć piankę już po drodze, więc na miejscu szarpałam się tylko z nogawkami. Ubranie miałam już pod pianką (oczywiście mokre), więc do kieszeni wrzuciłam tylko zapasową dętkę, dwa żele, wciągnęłam skarpetki, buty biegowe, numer startowy i kask. Wzięłam Jajecznicę i już ruszyłam na trasę rowerową. Już na początku czułam jak mocno wieje. Trochę martwiło mnie słabe tempo, ale i tak nic na to nie mogłam poradzić, więc tylko kontemplowałam krajobrazy wokół (takie sobie, ale niektóre budynki budziły zaciekawienie – szczególnie wściekle różowa elewacja jednego z nich). Znów wsiadając na rower czułam to oddechowe “przytkanie” i dobre pól godziny musiało minąć, zanim udało mi się specjalnym głębokim i powolnym oddechom to jakiś oswoić, tym bardziej, że w międzyczasie musiałam szybko uzupełniać płyny i kalorie. Trasa z dość dobrym asfaltem – bywały fragmenty chropowate i wprawiające w wibrację Jajecznicę, ale były też i cudownie gładkie. Na szczęście nie było dziur, więc nie trzeba było lawirować. Ale ja i tak lawirowałam, czy raczej jechałam jak pijana, bo wiatr był tak silny, że czasami nagle znosiło mnie na prawo i lewo. Oznakowana na asfalcie bardzo dobre i czytelne, obstawa na pierwszym okrążeniu dobrze spełniała swoją rolę. Bardzo przyjemnie, gdy dojechało się do agrafki i mijało się tak wielu znajomych – ale jeszcze przyjemniej, gdy się z agrafki wracało, bo wiatr pomagał zamiast przeszkadzać i jazda była naprawdę konkretna. Zawodnicy dobrze stosowali się do zasady non drafting, nie odnotowałam żadnych nieprawidłowości, choć sędziego na motorze to widziałam tylko raz czy dwa. Gdy po pierwszej pętli rowerowej mój strój właściwie już dość dobrze wysechł to zaczął padać deszcz. Najpierw taki drobny, potem mocniejszy, a gdy poczułam na przedramionach obleczonych gęsią skórką dziwne kłucie i usłyszałam gęsty dźwięk uderzeń o kask, przyjrzałam się temu co leży na asfalcie. Był to grad. Nie jakiś ogromny, ale postanowiłam, że jeśli będzie jeszcze gorzej, to się zatrzymam. Nie było gorzej. Padało mniej lub bardziej intensywnie, ale nie jakoś tragicznie. Jednak w mokrym stroju przy tak mocno wiejącym wietrze zaczęłam się wychładzać i zastanawiałam się nad opcją zjechania do strefy zmian, gdzie miałam cienką rowerową kurteczkę, która trochę ciepła by mi dostarczała. Ale dojeżdżając do punktu odżywczego w okolicach strefy zmian wszystkie te pomysły mu ulatywały, doping był fajny, brałam bidon, banana i batonik muesli i jechałam dalej. Bidon niepotrzebnie był napełniony w 100%, przez co był ciężki, więc starałam się go jak najszybciej opróżnić. Nie było tak gorąco (no przecież wcale nie było gorąco), pic się nie chciało, nie pociłam tyle co zwykle, więc musiałam się na rowerze dwa razy zatrzymywać na sikanie. Właściwie miałam potrzebę zatrzymać się i trzeci raz, ale postanowiłam być twarda i wytrzymać z tym do czasu biegu. Udało się. Na trzeciej pętli rowerowej zaczął mnie mocno bolec kręgosłup i nie pomagały już żadne “wiercenia się” i wyciągania na lemondce. Na dodatek doszedł jeszcze ból lewego kolana, więc już zupełnie zgłupiałam. Z jednej strony chciałam już jak najszybciej dojechać do punktu zmian, żeby mnie kręgosłup nie bolał, a z drugiej nie mogłam się za bardzo forsować ze względu na ból kolana. A zatem jechałam i cierpiałam trzymając tempo takie, aby utrzymywać równowagę termiczną – wystarczająco szybko, żeby nie dostać hipotermii. Buty biegowe miałam przemoczone, a zatem stopy zaczynały drętwieć, więc dodatkowo wprowadziłam do swojej jazdy dziwny element podkurczania palców w bucie. Trochę mi to przypominało cyrk, brakowało tylko, żeby jeszcze żonglowała, ale zamiast tego zmieniałam uchwyt rąk z lemondki na baranka kierownicy, bo ramiona też już miały dość tej jedynie słusznej pozycji z utrudnionym dopływaniem krwi do dłoni. W końcu jednak minęło 90 km jazdy rowerowej, znów znalazłam się w strefie zmian, ale tu już zupełny ekspres, bo tylko powiesiłam rower, zdjęłam kask, zawiesiłam zapasową dętkę na dzwonku i ruszyłam na trasę biegową. Zaczęłam oczywiście od sikania i ponownie od uczucia oddechowego przytkania. Ale tu trudniej było cokolwiek wyrównać. Musiałabym chyba przejść do marszu, a tego nie chciałam. Cztery pętle i znów mijanie się z zawodnikami – jakoś raźniej, tu już można przynajmniej zamienić słówko. Właściwie bieg w prawie totalnej ciszy, tylko od czasu do czasu jakiś okrzyk, ale choć ze znajomymi i nieznajomymi zawodnikami nawzajem motywowaliśmy się uśmiechem, “puszczeniem oczka”, kciukiem uniesionym w górę, czy nawet dwoma, to jednak oszczędzaliśmy słowa, oddech, każde dodatkowe uderzenie serca. Oczywiście podczas czwartej, ostatniej pętli bolała mnie lewa noga tak, że powinnam się zatrzymać i porozciągać, ale postanowiłam wcześniej, że nie robię przerwy, nawet na marsz, więc podczas biegu czasami podciągałam lewe biodro mocniej do przodu i jakoś tam zaciskałam zęby. Choć miałam w planach przebiec półmaraton w dwie godziny, to nie miałam sił, żeby przyspieszyć na ostatniej pętli, chyba nawet trochę mi tempo siadło, szczególnie podczas kolejnych opadów deszczu i wyszło około 2:05. Finiszowałam dość słabo, co oznacza, że energii starczyło mi akurat na te 6 godzin i 37 minut (nie ma jeszcze w necie oficjalnych wyników). Na mecie zostałam oblana szampanem, dostałam piękny medal i odebrałam mnóstwo gratulacji. Było miło.

Teraz staram się zatrzymać w sobie to uczucie sporego zmęczenia i trudów, które miałam na trasie zaledwie połowy dystansu Ironman. To naprawdę ciężkie zawody i wymagają bardzo dobrego przygotowania we wszystkich dyscyplinach. Ja jeszcze nie jestem gotowa na taki wysiłek. Za słabo pływam i za słabo jeżdżę na rowerze. Dopóki nie będę w stanie przepłynąć 4 km w jeziorze i dopóki nie będę w stanie przejechać na rowerze 200 km nie mam prawa myśleć o triathlonie na dystansie długim. Bo maraton to byłam w stanie wczoraj pokonać (na pewno inaczej rozwiązałabym to taktycznie – z 2-3-minutowym marszem na początku każdej z 8 pętli), ale wykonania tych poprzednich konkurencji sobie nie wyobrażam.

Przygotowania do Susza – część I

Monday, April 27th, 2009

W związku z nowym celem, jakim stał się triathlon w Suszu rozpoczęłam orkę. Zaczęłam znów biegać, jeżdżę więcej na kolarzówce, pływam. Założenia treningowe takie, aby w każdy dzień weekendu kwietniowego zrobić ok. 35-40% dystansu Ironmana, a w tygodniu robić to co się da. Tempo na razie nieważne, byle wytrenować wytrzymałość. Nie zawsze udaje mi się, bo trzy treningi dziennie okazują się prawie niewykonalne zarówno pod względem organizacyjnym (w końcu jestem także mamą i gospodynią domową), jak również wytrzymałościowym, bo nie zawsze moje ciało daje radę. Jeszcze poranny trening na rowerze jakoś ujdzie, potem po śniadaniu basen, ale już po obiedzie moje ciało rozleniwia się zupełnie i marzy o książce, kubku gorącej herbaty i talerzyku pełnym łakoci. A przede wszystkim o pozycji leżącej. I co tu z tym zrobić? Nic. Próbować. Od drugiego weekendu majowego zamierzam zaplanować sobie treningi na poziomie 40-50% dystansu Ironmana. Lepiej planować więcej i zrealizować choć część, niż nie planować niczego i zrealizować to w 100%. Na razie mam mieszane odczucia co do moich możliwości ukończenia połówki w limicie. Ale może o tym w podziale na konkurencje:

Pływanie. Zadecydowałam, że w Suszu popłynę żabką. Po pierwsze dlatego, że umiem, nie męczę się, uda mi się raczej zmieścić w limicie 1 godziny, a po drugie dlatego, że nie mam pianki, która to podobno poza ociepleniem ułatwia pływanie kraulem. Kraula nie jestem pewna nawet wówczas, gdyby mi zaczepiono baloniki nadmuchane helem. Kraul za bardzo mnie jeszcze męczy, nie czuję się pewnie. Nie to co żabka. Na treningach za zwyczaj zaczynam od rozgrzewki 500m lub 1000m żabką, potem ćwiczę kraula z “ósemką” między udami i na koniec dla rozluźnienia też kilka długości spokojną żabką. Ale będę musiała wykroić jeden dzień w tygodniu na spokojny, ukierunkowany na naukę kraula trening. Może się uda, bo mam dostać karnet na Warszawiankę – cudownie: 50m basen z ozonowaną wodą…

Jazda na rowerze. Pokonywane przeze mnie dystanse to jednorazowo 60-80km, zazwyczaj z kilkuminutową przerwą na uzupełnienie płynów i kalorii pośrodku. Ale mogę też bez tej przerwy, tylko muszę sobie bidon jakoś zamontować do Jajecznicy (tak ma na imię moja szosówka). Batonika spokojnie mogę upchnąć w kieszeni. Moja średnia prędkość oscyluje wokół 25 km/h. To jest minimum, którego potrzebuję na przejechanie 90km w 4 godziny, bo muszę doliczyć też zmianę w strefie. Wczoraj poczułam co znaczy siła wiatru. Pod wiatr męczyłam się zgięta wpół z prędkością 20 km/h, a czasami nawet poniżej, podczas gdy z wiatrem frunęłam 30, a nawet dobrze ponad 30km/h z luzem w nogach na najwyższych przełożeniach. Poznałam także co znaczą boczne podmuchy wiatru. Rzucało mną na prawo i lewo. Na szczęście droga była pusta, ale będę musiała o tym pamiętać, przy większym natężeniu ruchu. Ciężko mi idzie jazda pod górę, ale trenuję. Moje uda powoli stają się coraz bardziej stalowe. I nie chodzi mi o kolor.

Zupełnie nie wiem jak mi pójdzie jazda w Suszu po godzinie spędzonej w wodzie, ale podbudowuję się tym, że sobotnio-niedzielne jazdy też nie są tak zupełnie na świeżo, bo w piątek nie robię sobie wolnego.

Bieganie. Tak, wracam. Po rowerze biega się dość dziwnie i to uczucie utrzymuje się przez pierwsze 3-4 km. Potem lepiej. I co dziwne – choć wydawało mi się, że z moją kondycją jest kiepsko, to jednak coś fajnego “otwiera się” we mnie, gdy mam już za sobą kilkanaście kilometrów na nogach. Znów oplata mnie wrażenie, ze mogę tak biec i biec bez przerwy. Oczywiście gdybym tylko miała jakieś punkty odżywcze po drodze i nie musiała wracać ze względu na dzieci. Cudownie! Chcę tego! Stopa nadal boli, a po kilkunastu kilometrach dochodzi jeszcze jakiś dziwny ból kolana i lędźwi po lewej stronie. Ale to można porozciągać i… biec dalej.

Aby nie było, że już wszystko gra, to z jedną rzeczą będę sobie jakoś musiała dać radę. Na razie tempo fatalne. Nie mam specjalnie możliwości porównania tego co teraz osiągam z poprzednimi wynikami, bo nie biegałam na żadnych zawodach, ale zrobiłam raz podbiegi. Kiedyś 400m w Powsinie zajmowało mi 1:48-53, teraz 2:07-10. Spora różnica. W OWB1 jest podobnie.  Mam tylko nadzieję, że dobre tempo przyjdzie samo wraz ze wzrostem jakości treningu. Na razie trzaskamy (Jajecznica i ja) wytrzymałość.

Przełom

Thursday, April 16th, 2009

Wczoraj, 15 kwietnia 2009 roku nastąpił przełom. Wiele tego dnia się wydarzyło. Najważniejsze – po południu. Masza i Maurycy od prawie dwóch lat są uczestnikami zajęć sekcji Skoki do Wody w Pałacu Młodzieży. Wczoraj po raz pierwszy Maurycy skoczył z wieży z wysokości 10m (wykonał ten skok dwukrotnie), a Masza po raz pierwszy skoczyła z wysokości 7,5m (także dwukrotnie). Gdy się o tym dowiedziałam to o mało nie siadłam z wrażenia. Nie przypuszczałam, że tak szybko będą skakać z takich wysokości. Są naprawdę bardzo odważne. A ja jestem z nich dumna.

A rano postanowiłam pobiegać. Jedna pętla po Lesie Kabackim. Tempo spokojne, kondycja fatalna, ból stopy nieustanny. A potem przeczytałam o triathlonie w Suszu w czerwcu. I napaliłam się. Wydaje mi się, że jestem w stanie podołać zadaniu i zmieścić się w limicie 7:30 (1,9km pływania – limit 1 godziny, 90km na rowerze – limit z pływaniem 5 godzin, a na koniec 21,1km biegiem). Tak bardzo mnie to rozgrzało, że pomyślałam o tym, że jeśli uda mi się ukończyć tri w Suszu, potem dobrze przepracować lipiec i sierpień oraz stanie się jakiś cud i moja stopa wróci do normalności, to we wrześniu w Borównie zaryzykuję cały dystans Ironmana, a nie połówkę. Tak się napaliłam…

…że nawet zaczęłam się cieszyć z tej stopy, dzięki której przestałam stukać kilometry biegiem, a zaczynam jeździć na szosówce i uczę się porządnie pływać kraulem. No bo ileż można biegać i biegać. Trzeba coś nowego. Dziękuję za objawienie, ale teraz to już proszę, aby stopa wróciła do normy, bo czeka mnie ciężka orka. Właśnie ją zaczynam.