Posts Tagged ‘maraton’

Berlin, Warszawa - 2009

czwartek, październik 1st, 2009

Nie wiem co mnie podkusiło zapisać się i zapłacić za maraton w Berlinie już w lutym tego roku. Ale skoro już to się stało, to przecież forsy nie zmarnuję. Jadę. Chociaż przebiec, zobaczyć jak tam jest, może kiedyś wspominać, że biegłam ten sam maraton, na którym Heile wybiegał rekord świata. Jedzie też moja siostra Asia. Spotykamy się na dworcu, jemy, razem idziemy do hotelu. Ja oczywiście po moich poprzednich nockach niewyspana, a dodatkowo zaczyna się ból głowy. Trochę się martwię, że to może po tym upadku na rowerze, ale może i po prostu ze zmęczenia. Aśkę zresztą też pobolewa. Jedziemy po nasze pakiety na EXPO. Tu oczywiście tłumy (jak ja tego nie znoszę), zanim dochodzimy do punktu odbioru pakietów musimy zaliczyć niezły spacer po całych targach, a tam siostra co jakiś czas przystaje i interesuje się towarami, więc trochę to trwa. W drodze powrotnej podobnie, a mnie już zaczyna głowa tak napierniczać, że najchętniej walnęłabym się na tę trawę, która jest przed wejściem na lotnisko i popiknikowała jak inni. Tymczasem czeka nas jeszcze pasta party. Odbieramy swoje porcje, ale ja zupełnie nie mam apetytu. Skubię jedną rurkę penne i odsuwam. Nie mogę. No nie mogę. Zapachy grilla, które roztaczają się wokół powodują u mnie mdłości. Aśka też skubnęła tylko trochę. Uciekamy stamtąd jak najszybciej do hotelu, żeby się walnąć do łóżka. Po drodze w metrze dostaję torsji i muszę awaryjnie wysiadać na jakiejś pośredniej stacji. Potem po wyjściu z metra znów dochodzi mnie zapach z pizzerii, więc torsji ciąg dalszy. Aśka mówi, że jestem blada. A mnie się nawet wydaje, że zielona. Ledwo wlokę się do hotelu. Padam do łóżka. W pół-śnie i pół-jawie słyszę, jak Aśka rozmawia przez telefon. W głowie mi łupie. Po paru godzinach wstaję, sikam, robię sobie gorzką herbatę. Połykamy obydwie jakieś przeciwbólowe tabletki, żeby jutro dało się jakoś biegać. Rano czuję się lepiej, ale Aśka nadal narzeka na migrenę. Śniadanie - muszę dużo zjeść, bo wczorajsze posiłki nie utrzymały się w żołądku. Mieści mi się miska płatków muesli z jogurtem i dużo kawy, której zwykle nie pijam, ale chcę się dobudzić. Wychodząc z hotelu na start wcale nie musimy wiedzieć, gdzie jechać. Mnóstwo ludzi jedzie na maraton, wystarczy dać się nieść tłumom. Po drodze spotykamy grupę Polaków z flagami, potem jeszcze w strefie depozytów dla kobiet dołącza do nas Bożena z Żywca. Rozdzielam się z siostrą tuż przed wejściem do stref. Ja mam biec w E, ona w G, ale ja trafiam z Bożeną do F, bo chcę biec wolniej. Na starcie ścisk. W końcu ruszamy. Spotykamy na trasie wielu Polaków, rozmawiamy, żartujemy, koledzy robią fotki. Po paru kilometrach na jakimś punkcie odżywczym gubię Bożenę i teraz już biegnę sama, ale co chwila spotykam kogoś z Polski i zamieniam parę słów. Biegnę równym tempem na 4:05 z nadzieją na to, że w takim mniej więcej czasie będę na mecie, jeśli nie przydarzy się nic niespodziewanego lub ewentualnie przyspieszę w końcówce, jeśli znajdę na to siły. Gdzieś przy 18-tym kilometrze wyciągam batonika i zajadam spokojnie, gdy nagle przebiega przeze mnie jeszcze bardziej zagęszczony tłum prowadzony przez człowieka w przebraniu klauna z balonem. Aha, to pacemaker na 4:00. To staram się dołączyć. Ale za chwilę punkt odżywczy, a ja muszę popić mojego batonika, więc już zostaję w tyle grupy. Na punktach z wodą oczywiście dramat, bo dostać się do kubeczków jest trudno, ciągle trzeba się z kimś zderzać, zmieniać tempo, czasami stanąć albo nawet trochę zawrócić. Potem próbuję jeszcze biec parę kilometrów trzymając klauna w zasięgu wzroku, ale po 33 km zaczyna się robić ciężko. Jest upalnie i coraz upalniej. Zaczyna mi brakować sił. Już jakiś czas temu wciągnęłam swój żel, ale czuję, że biegnę na resztkach energii i moje tempo zaczyna słabnąć. W okolicy 38 km słabnie do zera. Przechodzę do marszu i przyglądam się kibicom, czy mają coś do picia. Wypatrzyłam takich, którzy mają butelkę coli. Pytam, czy daliby mi trochę. Bez problemu otwierają i częstują nie tylko colą, ale także jaką tabletką glukozy. Dziękuję i wznawiam bieg. Widzę, że nie tylko mnie jest ciężko. Właściwie to już bardzo wielu ludzi idzie, niektórzy siedzą lub leżą przy trasie, niewielu tak jak ja biegnie. Ja staram się tylko biec. Wiem, że tempo tragiczne, ale dopóki biegnę jest dobrze, bo przy próbie marszu zaczyna mi się kręcić w głowie. Gdy widzę 41 km znów mam ochotę na marsz, ale wiem, ze nie mogę tego zrobić. Lepiej już odpocząć na mecie - jeszcze tylko parę minut. Wypatruję mety, a tam jedna brama, druga, trzecia… widzę! Staram się mocniej zafiniszować, ale moje próby są żałosne. Byle przekroczyć linię mety i mieć to już za sobą. Jest. Teraz ścisk, żeby się wydostać ze strefy mety. Spotykam Bożenę i Ewę. Dziewczyny dzielą się swoimi przeżyciami. Ja marzę tylko, żeby się napić, położyć. Chyba znów jestem zielona. Medal, woda, izotonik (Basica), reklamówka z wyżywieniem i już leżę na trafie owinięta w folię. Na leżąco zdejmuję buty. Po jakimś czasie mogę już usiąść, więc wypatruję siostry. W końcu wstaję, odbieram rzeczy z depozytu i zauważam Aśkę z medalem na piersiach - zadowolona. Jeszcze chwila na przebranie, oddanie chipów i wracamy. Trochę sobie pochodziłyśmy, zanim doszłyśmy do jakiejś stacji metra, skąd dotarłyśmy do hotelu. Tam dopiero kąpiel, wyleżenie w łóżku, buła z wędliną i żółtym serem oraz jajko. Nie chce mi się wstawać, ale Aśka wyjeżdża, więc idę ją odprowadzić na pociąg. Potem nie opłaca mi się już wracać do hotelu, więc jeżdżę sobie trochę metrem, włóczę się po Berlinie, a potem trafiam o godz. 20-tej na imprezę dla maratończyków. Tam spotykam Benka z Magdą i Pawła. Nie mam sił, aby wytrzymać do dekoracji, która jest przewidziana na godz. 23-cią, więc wcześniej wymykam się do hotelu. Spać, bo wcześnie rano pociąg do Warszawy. I znów jestem niewyspana…

Tydzień później Maraton Warszawski - tego nie mogę przegapić, bo to przecież mój maraton, w moim mieście, a więc nie muszę organizować transportu, nie muszę szukać noclegu, wybywam z domu na parę godzin i szybciutko wracam. Wcześniej znów nocki w pracy, niedospanie, ale tuż przed biegiem sen we własnym domu, choć krótki, to przyjemność. Startuję z zielonym numerem drugiej strefy, choć planuję wolniejszy bieg - ale do tych granatowych mnie nie chcieli wpuścić. Razem z Michałem biegniemy wolniej, żeby trafić do grupy na 4:00. Doganiają nas dopiero na 6 km. Trochę biegnę w grupie, ale jest mi coraz ciaśniej w grupie i ciężej utrzymać tempo, więc znikam w tyle. Na około 10 km coś się ze mną dzieje nie tak, jakiś kryzys czy coś, zaczynam zwalniać, bo mam obawy, czy ukończę ten maraton. Na 13-tym kilometrze na punkcie KOW biorę swoje piwo Karmi i korzystam z możliwości marszu z butelką. Dalej biegnę, ale masy ludzi mnie wyprzedają, w tym także znajomi, z którymi zamieniam kilka słów. Ale zostaję mocno w tyle marząc tylko, żeby ukończyć. Dodatkowo zaczyna mnie boleć lewa kostka - popełniłam błąd jak jakaś debiutantka - założyłam dawno nienoszone, wyprane wcześniej buty i zapomniałam podłożyć sobie podpiętkę, a teraz krawędź buta ugniata mi kostkę. Mijając półmetek zaczynam trochę odżywać. Może dlatego, że widzę już teraz coraz więcej maratończyków z kryzysami. Może dlatego, że coś sobie moje ciało przypomniało - że jestem ultramaratonką i te pierwsze dwadzieścia kilometrów to dopiero rozgrzewka. Na punkcie KOW24 znów marsz z butelką, a potem przerwa na sikanie, ale zaraz potem wznawiam bieg i czuję się naprawdę lepiej. Po 30-tym kilometrze mam ochotę się rozebrać do naga, bo tak mi gorąco, choć cały czas polewam się wodą. Tutaj biegnę mijając wielu maszerujących. Na KOW34 biorę swoją puszkę napoju, lecz urywa mi się zawleczka. Staję bezradna, ale na szczęście Filip wyciąga pęk swoich kluczy i robi mi w puszcze dziurę. Trochę tu czasu straciłam, ale zanim wszystko wypiję też trochę maszeruję. Nie mam ochoty oblewać się tym podczas biegu. Potem ruszam.

/fot._Edyta_www.ejd.superhost.html

fot. Edyta: www.ejd.superhost.pl

Czuję się jak lokomotywa. Wciąż wyprzedzam. Nawet na podbiegu idzie mi nieźle. Na punkcie już nie biorę wody. Nie, jednak biorę od ostatniego wolontariusza. Przepłukuję tylko usta, resztą się polewam. Teraz bruk, fatalnie. Znów asfalt i znów bruk. Ostatni kilometr, śmieję się do kibiców. Od ostatniego zakrętu przyspieszam. Meta. Medal, woda, izotonik, batonik. Odpoczywam, przebieram się, piwo, herbata, wafelki. Rozmowy z maratończykami. Potem masaż. Do domu. Czuję się wspaniale.


Berlin 2009 - 4:15:22
Warszawa 2009 - 4:18:54