Posts Tagged ‘rower’

Do czego służy kask?

Tuesday, September 15th, 2009

Znów mam okazję pokazać Wam moje wnętrze. W środku wyglądam mniej więcej tak:

czaszka.jpg czaszka2.jpg szyja2.jpg szyja.jpg

Jechałam na rowerze, przewróciłam się, upadłam na asfalt plecami i tyłem głowy. Miałam na sobie kask, który w wyniku uderzenia pękł. Na szczęście ochronił głowę. Poza tym się trochę poobijałam i poobcierałam. Mam co najmniej 2-tygodniową przerwę w treningach. Muszę też kupić sobie nowy kask.

KNUR

Thursday, May 14th, 2009
Apr ’09
19
05:40
May ’09
9
05:15
May ’09
10
05:15
May ’09
16
05:15

“Peleton”— autor Michał, Na Wareczkę

Dotychczas KNUR (lata 2006-2008) był wycieczkami biegowymi Lasek Kabackich i pokrewnych, ale od kilku tygodni (dokładnie od trzech) w niedzielę (lub w sobotę) wcześnie rano spotykamy się po to, aby pojeździć na rowerze po okolicznych pustych jeszcze o tej porze szosach.

W najbliższą sobotę 16 maja 2009 roku zapraszamy na przejażdżkę w okolice Góry Kalwarii. Start o godz. 5.15 ze skrzyżowania ul. KEN i Wąwozowej w Warszawie (”pod zegarem”). Meta ok. godz. 8.00 w tym samym miejscu. Przewidywany dystans ok. 70 km (z jedną przerwą śniadaniową), śr. tempo ok. 25 km/h.

~~

Kabacki Niedzielny Uroczy Rozruch 2 listopada 2008 roku

Start: godz.8.00*), okolice stacji metra Kabaty przy wjeździe do supermarketu Tesco

Trasa: ok. 20 km w Lesie Kabackim i po jego obrzeżach

*) Zmiana godziny startu ze względu na odbywający się w nocy z 1 na 2 listopada Bieg Dziadów.

Na Wareczkę

Sunday, April 5th, 2009

Dziś oficjalnie rozpocząłem sezon rowerowy. Punktualnie o dziesiątej stawiłem się przy klombie nieopodal bazarku u zbiegu K.E.N i Płaskowickiej. Czekał już tam całkiem pokaźny tłumek kolarzy. Oczywiście byłem jedynym, który nie miał kasku i manetek przerzutek przy kierownicy, choć z drugiej strony mój rower i tak znacznie ewoluował przez zimę. Dorobił się zatrzaskowych pedałów, nowej kierownicy oraz cudnych korb Compagnolo Chorus.
Kilka minut po dziesiątej wyruszyliśmy. Najpierw powoli, rozgrzewkowo nielegalnym zjazdem do Powsina, a stamtąd do ujścia rzeki Jeziorki do Wisły. Tempo podskoczyło do ponad 35km/h i nie spadało nawet przy przejeździe przez tory kolejowe oraz brukowany most.
Jazda w peletonie opiera się na wzajemnym ogromym zaufaniu i odpowiedzialności za innych. Każdy nieprzemyślany manewr może skończyć się globalną kraksą, więc większość gwałtownych przyhamowań i zmian pasa ruchu okraszane zostawało chóralnymi “kurwami”.
Przemkneliśmy przez Cieciszew i na skrzyżowaniu z trasą na Górę Kalwarię nastąpiła schizma grupy. Część wybrała tzw “rundki” a reszta (ze mną włącznie) podążyła za hasłem “na Górę”. Do Góry Kalwarii dotarliśmy mało uczęszczaną trasą wijącą się nieopodal wału wiślanego i kończącą się efektownym podjazdem. Tam niestety przekonałem się, ile jeszcze musi nauczyć siętaki niedzielny zawodnik jak ja, aby nie odstawać od grupy. W Górze Kalwarii po chwilowym sympozjum wcielone zostało w życie kolejne hasło: “Na Wareczkę”.
Wiał słaby wiatr, a właściwie podmuchiwal czasami w różnych przypadkowych kierunkach. Peleton pracował sprawnie, każdy w zależności od swoich możliwości i po pięćdziesięciu kilku kilometrach osiągnęliśmy cel podróży. Krótka wizyta w sklepie, , wchłonięcie banana i batonika i już prawie można bylo wracać.
Ponieważ w głowie miałem cały czas charakterystyczny szelest ramy full carbon jednego z zawodników, poprosiłem go, aby dał mi go na chwile podnieść. Ten zgodził się ochoczo dyskretnie wyciągając bidon z piciem. Echhh… już wiem, na co wydam pierwsze zarobione i nie przeznaczone na konkretny cel piętnaście tysięcy złotych. Pocieszył mnie jeden z najbardziej doświadczonych kolarzy mówiąc, że “rower to chuj, jak noga nie daje”, ale mimo wszystko fajnie jest nie psiadać żadnego zbędnego gramu sprzętu na trasie. Inni również próbowali podnieść  pokazane na zdjęciu cudo techniki i wszyscy, podobnie jak ja okazywali swoje zdziwienie słowami “O kurwa, ale lekki!”. 
Z powrotem rozpoczęliśmy spacerowym tempem 30km/h. Moi koledzy przez kilka kilometrów wesoło plotkowali sobie o tym i owym jadąc tak, że ich łokcie co jakiś czas delikatnie się dotykały. Kiedyś i ja tak się nauczę.
Gdyby ktoś zapytał mnie, którędy jechaliśmy i co ciekawego widziałem po drodze, to bezradnie rozłożyłbym ręce. Jazda w peletonie polega na ustawicznej kontemplacji przerzutek zawodnika jadącego z przodu, lub zaciskaniu zębów i utrzymywaniu równego tempa, gdy się jedzie na przedzie. Trzeba również odpowiednimi gestami dłoni informować jadących z tyłu o niespodziewanych przeszkodach na jezdni. Po niespełna czterech godzinach wróciłem do domu znacznie bardziej zmęczony niż po minionym półmaratonie warszawskim.
Za tydzień, jak się uda pojadę z nimi znów.

Ps. Niestety przeskalowany wykres zgubił kilka niuansów, min. ten, że wyjeżdzając z Góry Kalwarii udało mi się zapiąć 50km/h