Posts Tagged ‘tri’

Czasem słońce, czasem deszcz, ale przede wszystkim wiatr

Monday, September 7th, 2009

Tak jak przebiegnięcie dwóch półmaratonów nie robi z nas maratończyków, tak samo ukończenie dwóch dystansów pół-Ironman (tzw. dystans średni: 1,9+90+21,1 km) nie czyni z nas ironmanów. Ale ja już mam te dwie połówki za sobą i trudno nie być z tego dumną. Pierwszy raz w czerwcu w Suszu, drugi raz 6 września 2009 roku w Borównie koło Bydgoszczy na imprezie Triathlon Polska. I o tej imprezie trochę wspomnień.

Zapisy i opłata startowa wniesione gdzieś wczesną wiosną, gdy jeszcze miałam słabe pojęcie o pływaniu w jeziorze i jeździe na rowerze szosowym, gdy nie byłam pewna, czy będę mogła biegać, bo bolała mnie lewa stopa. Ale duży limit czasowy na połówkę (11 godzin) zachęcał do tego, żeby spróbować. Tym bardziej, że to impreza w ubiegłorocznej edycji zebrała bardzo wiele pozytywnych opinii i grupa IM 2010 wybrała ją jako sprawdzian – cześć wybrała dystans długi, część średni. I faktycznie na liście startowej znakomita większość w rubryce “klub” deklaruje nazwę Projektu IM 2010, a potem na trasie aż roi się od charakterystycznych strojów klubowych (choć nie wszyscy z nas w takich strojach startowali – ja wybrałam kolorystykę dopasowaną do Jajecznicy). Moje założenia na te zawody nie były zbyt ambitne, bo wiedziałam, że zbyt wiele pracy treningowej nie włożyłam po poprzednich zawodach, a ze względu na nieregularne pory snu i posiłków byłam ostatnio bardzo przemęczona i niedospana – dodatkowo przez dwie noce przed startem pracowałam, a trzecia noc tuż przed startem została zakłócona przez przygotowujących się do wczesnego startu na godz. 7.00 sąsiadów, więc już od godz. 5.00 mogłam się przygotowywać do zawodów rozpoczynających się dla mnie o godz. 11.00, a także obserwować i kibicować zawodnikom z pełnego dystansu. A zatem założeniem było osiągnąć podobny wynik jak w debiucie Suszu, ew. poprawić trochę bieg i koniecznie mniej czasu spędzić w strefie zmian. Muszę przyznać, że założenia udało mi się zrealizować, a zatem jestem zadowolona, choć tym razem nie miałam takiej euforii, jak podczas debiutu w Suszu.

Zaczęło się od pływania – trójkąt w wodzie, wyjście na brzeg z obiegnięciem beczki i drugi trójkąt. Wystartowałam spokojnie, ale od początku czułam pewnego rodzaju “przytkanie”. Jakby mi pianka trochę dusiła szyję. Ale płynęłam dość dobrze (jak na siebie). Niepotrzebnie czasami zatrzymywałam się, żeby rozeznać się w nawigacji (słońce wychylało się zza chmur i trochę raziło), a może bardziej, żeby złapać głębszy oddech przy tej walce z wodą. Dopiero przy drugim trójkącie zaczęłam sobie w głowie nucić mój ulubiony utwór Paolo Frescu (którego słuchałam w nocy przed startem), dzięki czemu załapałam jakiś tam rytm i odwracałam swoją uwagę od tego, że walczę z żywiołem. Gdyby można było, to wolałabym sobie gwizdać. Przy ostatnim nawrocie były niezłe fale – dla mnie to zupełna nowość i niezłe zaskoczenie. Trochę się przy tym wody opiłam. Ale gorsze było to, że na ostatniej prostej zaczęły mnie łapać skurcze lewej łydki. Nie byłam pewna czy będę w stanie kontynuować zawody. Ale na szczęście po wyjściu na brzeg ból minął.
Dobieg do strefy zmian – tym razem udało mi się częściowo zdjąć piankę już po drodze, więc na miejscu szarpałam się tylko z nogawkami. Ubranie miałam już pod pianką (oczywiście mokre), więc do kieszeni wrzuciłam tylko zapasową dętkę, dwa żele, wciągnęłam skarpetki, buty biegowe, numer startowy i kask. Wzięłam Jajecznicę i już ruszyłam na trasę rowerową. Już na początku czułam jak mocno wieje. Trochę martwiło mnie słabe tempo, ale i tak nic na to nie mogłam poradzić, więc tylko kontemplowałam krajobrazy wokół (takie sobie, ale niektóre budynki budziły zaciekawienie – szczególnie wściekle różowa elewacja jednego z nich). Znów wsiadając na rower czułam to oddechowe “przytkanie” i dobre pól godziny musiało minąć, zanim udało mi się specjalnym głębokim i powolnym oddechom to jakiś oswoić, tym bardziej, że w międzyczasie musiałam szybko uzupełniać płyny i kalorie. Trasa z dość dobrym asfaltem – bywały fragmenty chropowate i wprawiające w wibrację Jajecznicę, ale były też i cudownie gładkie. Na szczęście nie było dziur, więc nie trzeba było lawirować. Ale ja i tak lawirowałam, czy raczej jechałam jak pijana, bo wiatr był tak silny, że czasami nagle znosiło mnie na prawo i lewo. Oznakowana na asfalcie bardzo dobre i czytelne, obstawa na pierwszym okrążeniu dobrze spełniała swoją rolę. Bardzo przyjemnie, gdy dojechało się do agrafki i mijało się tak wielu znajomych – ale jeszcze przyjemniej, gdy się z agrafki wracało, bo wiatr pomagał zamiast przeszkadzać i jazda była naprawdę konkretna. Zawodnicy dobrze stosowali się do zasady non drafting, nie odnotowałam żadnych nieprawidłowości, choć sędziego na motorze to widziałam tylko raz czy dwa. Gdy po pierwszej pętli rowerowej mój strój właściwie już dość dobrze wysechł to zaczął padać deszcz. Najpierw taki drobny, potem mocniejszy, a gdy poczułam na przedramionach obleczonych gęsią skórką dziwne kłucie i usłyszałam gęsty dźwięk uderzeń o kask, przyjrzałam się temu co leży na asfalcie. Był to grad. Nie jakiś ogromny, ale postanowiłam, że jeśli będzie jeszcze gorzej, to się zatrzymam. Nie było gorzej. Padało mniej lub bardziej intensywnie, ale nie jakoś tragicznie. Jednak w mokrym stroju przy tak mocno wiejącym wietrze zaczęłam się wychładzać i zastanawiałam się nad opcją zjechania do strefy zmian, gdzie miałam cienką rowerową kurteczkę, która trochę ciepła by mi dostarczała. Ale dojeżdżając do punktu odżywczego w okolicach strefy zmian wszystkie te pomysły mu ulatywały, doping był fajny, brałam bidon, banana i batonik muesli i jechałam dalej. Bidon niepotrzebnie był napełniony w 100%, przez co był ciężki, więc starałam się go jak najszybciej opróżnić. Nie było tak gorąco (no przecież wcale nie było gorąco), pic się nie chciało, nie pociłam tyle co zwykle, więc musiałam się na rowerze dwa razy zatrzymywać na sikanie. Właściwie miałam potrzebę zatrzymać się i trzeci raz, ale postanowiłam być twarda i wytrzymać z tym do czasu biegu. Udało się. Na trzeciej pętli rowerowej zaczął mnie mocno bolec kręgosłup i nie pomagały już żadne “wiercenia się” i wyciągania na lemondce. Na dodatek doszedł jeszcze ból lewego kolana, więc już zupełnie zgłupiałam. Z jednej strony chciałam już jak najszybciej dojechać do punktu zmian, żeby mnie kręgosłup nie bolał, a z drugiej nie mogłam się za bardzo forsować ze względu na ból kolana. A zatem jechałam i cierpiałam trzymając tempo takie, aby utrzymywać równowagę termiczną – wystarczająco szybko, żeby nie dostać hipotermii. Buty biegowe miałam przemoczone, a zatem stopy zaczynały drętwieć, więc dodatkowo wprowadziłam do swojej jazdy dziwny element podkurczania palców w bucie. Trochę mi to przypominało cyrk, brakowało tylko, żeby jeszcze żonglowała, ale zamiast tego zmieniałam uchwyt rąk z lemondki na baranka kierownicy, bo ramiona też już miały dość tej jedynie słusznej pozycji z utrudnionym dopływaniem krwi do dłoni. W końcu jednak minęło 90 km jazdy rowerowej, znów znalazłam się w strefie zmian, ale tu już zupełny ekspres, bo tylko powiesiłam rower, zdjęłam kask, zawiesiłam zapasową dętkę na dzwonku i ruszyłam na trasę biegową. Zaczęłam oczywiście od sikania i ponownie od uczucia oddechowego przytkania. Ale tu trudniej było cokolwiek wyrównać. Musiałabym chyba przejść do marszu, a tego nie chciałam. Cztery pętle i znów mijanie się z zawodnikami – jakoś raźniej, tu już można przynajmniej zamienić słówko. Właściwie bieg w prawie totalnej ciszy, tylko od czasu do czasu jakiś okrzyk, ale choć ze znajomymi i nieznajomymi zawodnikami nawzajem motywowaliśmy się uśmiechem, “puszczeniem oczka”, kciukiem uniesionym w górę, czy nawet dwoma, to jednak oszczędzaliśmy słowa, oddech, każde dodatkowe uderzenie serca. Oczywiście podczas czwartej, ostatniej pętli bolała mnie lewa noga tak, że powinnam się zatrzymać i porozciągać, ale postanowiłam wcześniej, że nie robię przerwy, nawet na marsz, więc podczas biegu czasami podciągałam lewe biodro mocniej do przodu i jakoś tam zaciskałam zęby. Choć miałam w planach przebiec półmaraton w dwie godziny, to nie miałam sił, żeby przyspieszyć na ostatniej pętli, chyba nawet trochę mi tempo siadło, szczególnie podczas kolejnych opadów deszczu i wyszło około 2:05. Finiszowałam dość słabo, co oznacza, że energii starczyło mi akurat na te 6 godzin i 37 minut (nie ma jeszcze w necie oficjalnych wyników). Na mecie zostałam oblana szampanem, dostałam piękny medal i odebrałam mnóstwo gratulacji. Było miło.

Teraz staram się zatrzymać w sobie to uczucie sporego zmęczenia i trudów, które miałam na trasie zaledwie połowy dystansu Ironman. To naprawdę ciężkie zawody i wymagają bardzo dobrego przygotowania we wszystkich dyscyplinach. Ja jeszcze nie jestem gotowa na taki wysiłek. Za słabo pływam i za słabo jeżdżę na rowerze. Dopóki nie będę w stanie przepłynąć 4 km w jeziorze i dopóki nie będę w stanie przejechać na rowerze 200 km nie mam prawa myśleć o triathlonie na dystansie długim. Bo maraton to byłam w stanie wczoraj pokonać (na pewno inaczej rozwiązałabym to taktycznie – z 2-3-minutowym marszem na początku każdej z 8 pętli), ale wykonania tych poprzednich konkurencji sobie nie wyobrażam.

Jak straciłam dziewictwo

Wednesday, June 17th, 2009

Noc jak zwykle – nie jestem ani wyspana, ani zmęczona. Przyzwyczajona. Rano typowe przygotowania przedstartowe. Ileż to razy już przerabiałam. Bez stresu, niepokoju. Wszystko przygotowane. Po śniadaniu opuszczamy hotel. Zostawiam sprzęt w strefie zmian. Znów patrzę na jezioro, na boje. Oblatuje mnie strach. Spotykam Kubę, który mówi, że dziś tracę dziewictwo. No tak. Nie wiedziałam, że w moim wieku jeszcze coś takiego może spotkać. Zresztą nie tylko ja debiutuję. Michał, Adam, Łukasz, Sebastian… Poczet sztandarowy wciąga flagę na maszt przy akompaniamencie hymnu narodowego. Na baczność. Łzy w oczach. Zresztą były już wcześniej, ale ze strachu. Zupełnie nie wiem, co ja tutaj robię. Wszędzie dookoła profesjonalizm, a ja – amatorszczyzna totalna. Po co ja się na imprezę rangi Mistrzostw Polski pchałam? I to z międzynarodową obsadą! I z takimi limitami! Wokół mnie jacyś mistrzowie, a moja Jajecznica stoi w boksie obok roweru mistrzyni świata Ukrainki Tamary Kozuliny. Ale teraz już wycofać się nie da.

Już czas zakładać piankę. Jednak po tym co się działo z pogodą wczoraj nie mam ochoty marznąć tyle w wodzie. Wypróbuję, choć żadnego doświadczenia z nią nie mam. Oczywiście momentalnie po zapięciu pianki czuję, że znów mi się chce sikać, choć robiłam to przed chwilą. Widać jak dobrze jestem nawodniona. Czepek, okularki. Niektórzy idą na rozpływanie. Ja nie mam zamiaru. Stajemy wszyscy przy pomoście z prawej strony. Teraz krótka prezentacja – każdego wyczytują z listy i przebiega obok sędziów. To sprawdzenie ile osób wchodzi do wody, żeby potem porównać z tym, ile z niej wyszło. Przebiegamy na lewą stronę. Tam czekają kibice – widzę Renię i Darka. Nagle podbiega do mnie gość z mikrofonem, za nim drugi z kamerą i pytają, czy udzielę wywiadu. Udzielam – plotę coś trzy po trzy, bo już emocje we mnie grają (fragmencik z tego puścili w telewizji regionalnej – ale widzowie mają ubaw!). Gdy przybiegają chłopcy z projektu IM2010: Michał, Adam, Romek, Jurek, Paweł razem pozujemy do zdjęć. Ale jeszcze trzeba poczekać aż wszyscy przybiegną, bo startuje ok. 150 osób.

Gdy tak sobie stoimy i rozmawiamy o tym, czy sikać w piance w wodzie czy nie, czuję, że nadchodzi właściwy moment. To są chrzciny*. Sikam teraz. Czuję jak ciepło płynie mi po udach, pochylam się, żeby zobaczyć, czy wypłynie mi nogawkami przy kostkach, ale właśnie teraz widzę, że gawiedź rzuca się lawinowo do wody. Aha, czyli to był start. Powoli podchodzę do brzegu, macham jeszcze kibicom, startuję stoper w zegarku i zanurzam się. Pierwszy moment nieprzyjemny, ale bez przesady, można wytrzymać. Teraz myślę o tym, żeby płynąć, życie ratować i honor, więc sprawy niższego szczebla odchodzą w niebyt. Mam do przepłynięcia 1,9 km w limicie czasu 60 minut.

woda_tri.jpg Nie wiem jak opisać to co się działo. Niby działo się dużo i niedużo. Płynę gdzieś w końcówce. Nawet myślę, że jestem ostatnia, ale przy jakimś zakręcie odwracam się i widzę za sobą kilka żółtych czepków. Obok przepływają kajaki ratowniczo-sędziowskie. Płynę kraulem, ale oczywiście co kilka oddechów muszę podnosić łeb nad wodę, żeby zobaczyć jak krzywo płynę. A płynę krzywo że ho-ho! Na początku tej najdłuższej prostej widzę na nadbrzeżu rodzinę i nawet macham. Na zegarek patrzę trzy razy – 20′, 36′ i 48′. Przy tym ostatnim to już wiem, że w limicie to się raczej mieszczę. Ale przyznam szczerze – to nie jest pływanie. To walka z żywiołem. Czuję się jak okręt na morzu podczas sztormu. I najgorsza ta cholerna świadomość, że limit mnie może zdyskwalifikować. Żeby się pozytywnie motywować myślę o tych wszystkich, którzy mocno we mnie wierzą i trzymają kciuki. Nie mogę się poddać, muszę walczy dalej. Przepychać jak najbardziej ekonomicznie tę wodę, która jest przede mną tak, aby była za mną. Staram się skupiać na technice, ale nic nie wychodzi. Skupiam się interwałami. Parę razy kładę się na plecy i patrzę na niebo, które zaczyna się wypogadzać. Oczywiście, że nie po to, aby podziwiać, tylko po to, żeby spokojnie oddychać. Dopływając do brzegu o mało nie wpływam pod pomost, na którym stoją znajomi kibice. W końcu wychodzę z wody. Zdejmuję czepek i okularki. Patrzę na zegarek: 53′XX”. Zataczam się. Błędnik oszalał. Wchodzę na matę i słyszę jak piszczy.

Biegnę po rower. Sięgam po sznur, żeby rozpiąć piankę i nie mogę go znaleźć. Długo macam zanim w końcu złapię. Jest. Rozpinam. Teraz wyciągam prawy bark, ramię, ale pianka utknęła mi w okolicy łokcia. Lewa ręka cała się trzęsie po wysiłku i nie mam sił, aby to z siebie zdjąć. Bezradnie rozglądam się wokół, żeby mi ktoś pomógł, ale to nieregulaminowe. Biorę spokojny oddech i po długim szarpaniu w końcu się udaje. Z lewą jest podobnie, choć może ciut krócej. Nogawki też nie chcą zejść, więc próbuję na siedząco. W końcu… Teraz ręcznik, koszulka, bluza, skarpety, buty (biegowe, wiązane), kask, okulary. Biorę Jajecznicę i biegnę na trasę rowerową. Wiem, że straciłam tu dużo czasu, ale trudno. Właściwie od teraz cały czas się śmieję. Udało się pływanie, co uważałam za najtrudniejsze, to szansa na ukończenie jest bardziej prawdopodobna niż myślałam jeszcze przed godziną.

Teraz zaczyna się jazda. Od razu przy wjeździe na 22,5 km pętlę biorę połówkę banana, bo wiem, że po pływaniu trzeba uzupełnić kalorie, popijam własnym izotonikiem. Choć tak naprawdę to nie chce mi się pić. Chyba opiłam się nieco wodą z jeziora. Ale trzeba, więc robię co chwila parę łyków. Jedzie mi się dziwnie lekko, dobrze. Wyprzedził mnie Adam. Z naprzeciwka nadjeżdża już czołówka kończąc pierwszą pętlę. A ja sobie spokojnie biorę żel, popijam. Za Suszem droga bardzo sympatyczna, gładki asfalt, jakieś pofałdowania jednak są, choć wydawało mi się, że będzie płasko jak stół. Śmigam i aż nie mogę uwierzyć urządzeniom pomiarowym, że tak szybko mi to poszło. Rozwiązanie tej zagadki przyszło wtedy, gdy zaczęłam jazdę po nawrocie – wiatr. No cholernie mocny wiatr. A czasami podmuchy takie, że obawiam się wylądować na jakimś drzewie. W tamtą stronę wydawało mi się, że wieje bocznie, ale teraz jestem pewna, że prosto w twarz. Te pofałdowania połączone z wiatrem stają się ogromnymi górami. Tempo mi mocno spada. Na dodatek przednia przerzutka nie chcę się dobrowolnie zmienić na mniejszy trybik. Oczywiście już od dawna wyprzedzają mnie Ci najszybsi i zupełnie nie mam pojęcia jak oni to robią, że tak żwawo im to wychodzi. Ale ja się z nimi nie ścigam. Jadę sobie. Na drugiej pętli nadal popijam swój izotonik i zajadam taki śmieszny cukierek ‘ultra’, który mi został po Lipskiej setce. W drodze powrotnej wyprzedzam dziewczynę. Aż się sama sobie dziwię, że to ja wyprzedzam. Taka jakaś mikro duma we mnie urosła. Po jakimś kilometrze oglądam się za siebie, żeby sprawdzić, czy daleko ją odsadziłam i co widzę? Co? CO??? Widzę auto z napisem KONIEC WYŚCIGU. Myślę, że może zjeżdża już do bazy, ale dlaczego mnie nie wyprzedza? Po jakimś czasie znów się oglądam – nadal tam jest. A przecież nie jestem ostatnia. Na pewno wyprzedziłam tę dziewczynę. Czy coś się z nią stało i jedzie w środku? Ale chyba jeszcze na trasie widziałam Sebastiana. Za mną. No nie wiem. Zdziwiona jestem tym autem. Gdy zaczynam trzecią pętlę muszę pobrać bidon z izotonikiem. Dobrze, że nie jest pełen. Na to jedno okrążenie powinno wystarczyć, a wozić tego z powrotem i to po górach i pod wiatr nie zamierzam. Auto uparcie jedzie za mną. Teraz już wiem, dlaczego tak mnie od jakiegoś czasu intensywnie pozdrawiają WSZYSCY uczestnicy, a także wzbudzam spory aplauz wśród kibiców w Suszu i okolicznych wioskach. Wcześniej pozdrawiali mnie tylko jadący z naprzeciwka znajomi, a z tym samochodem to już wzbudzam litość wszystkich. A co tam, niech sobie jedzie. Jednak po nawrocie trzeciego okrążenia krzyczę do kierowcy, że nie jestem ostatnia, że są jeszcze za mną. Jadę sobie dalej i auto sobie jedzie. W końcu nadchodzi właściwy moment, gdy na trasie już nie jest tak gęsto, a mnie potrzeba zrzucić niepotrzebny balast. Staję i chowam się w trawach za drzewem – sikam. Auto mnie wyprzedziło. Gdy ruszam, to jedzie tak wolno, że z łatwością daje mi się wyprzedzić. Pod koniec trzeciej pętli wyprzedza mnie Michał – on już kończy rower, a ja mam jeszcze prawie godzinę pedałowania. Przed czwartym biorę znów pół banana i bidon z izo. Teraz trzeba jeść, żeby podczas biegu mieć siły. Na czwartym okrążeniu lecę jak na skrzydłach (ale znów tylko w jedną stronę). Wyprzedzam nawet ze dwóch chłopaków. Trochę się tam dopingujemy, ale ja czuję, że jestem coraz bliżej celu, więc mnie niesie. Na zawrotce widzę, że auto doczepiło się do tej dziewczyny za mną, choć jeszcze za nią dwóch rowerzystów. Ech… Dziękuję tam sędziom, po drodze macham i krzyczę do kibiców w podziękowaniu za doping. Rzucam dzieciakom bidon na pamiątkę. Pusta, lekka prę do mety. Co prawda czuję na podjazdach ból lewego kolana, ale myślę sobie, że gdyby mi trzeba było jeszcze dłużej jechać, to dałabym radę, bo te 90 km nie dłużyły mi się wcale (wg pomiarów uczestników trasa rowerowa miała 93-94 km). Jazda zajęła mi 3h44′50″.

Teraz znów strefa zmian. Tu nie ma co tracić czasu, tylko trzeba się z tym rowerem przebiec do boxu, ustawić, zdjąć kask (wolno go rozpiąć dopiero gdy się puści rower), zdjąć bluzę, wziąć żel i gnać. Ale nie, sędzia na mnie gwiżdże. Nie założyłam numeru startowego. Jasne. Pochylam się nad swoją skrzynką i zaczynam szukać. Przeglądam dwie torby, zaglądam pod ręcznik, piankę. Nie ma. Nie no, niemożliwe. Jeszcze raz, dokładniej. Szukam, szperam, grzebię – nie ma! Wpadam w panikę, wyrzucam wszystko na trawnik. Nie ma. Mówię sędziemu, że chyba ktoś mi zabrał. Dobrze, mam biec, bo szkoda czasu, a sędziom krzyczeć swój numer. Ja jeszcze raz przeglądam wszystkie moje rzeczy, bo nie wiem jak sędziowie mają mi uwierzyć, chcę już nawet zrywać tabliczkę z mojego roweru, gdy przypominam sobie, że przecież jestem markerem opisana na udzie i ramieniu. Dobrze, to biegnę. Słyszę doping znajomych kibiców.

I fajnie mi się biegnie. Nie mam tego typowego postrowerowego wrażenia związanych nóg. Trasa ma mieć 7 pętli, więc mijam się z mnóstwem zawodników. Po kilometrze czuję, że jestem odwodniona. Biorę kubek wody od dzieciaków. Dopiero biegnąc dalej widzę, że oni zbierają rzucone kubki i znów do nich nalewają. No nieźle. Ale jest mi właściwie wszystko jedno. Niektórzy mnie wyprzedają. Między innym Urlike, ale jej tempo nie jest złe, więc przyklejam się jej do pleców i tak ciągnę za nią kilometr. Potem odpadam. Biegnę swoim. Czuję, się dziwnie zakwaszona, więc piję tylko wodę. Trochę przedtem łykam ociupinkę żelu, bo jednak nie chcę osłabnąć. Jest ciepło, stanowczo za ciepło w tej koszulce. Biegnie mi się bardzo dobrze, choć czuję, że tempo nie jest szalone. Oddech w miarę spokojny, ale nogi nie chcą się bardziej wydłużyć. Niech i tak będzie. Przecież ostatnio zupełnie zaniedbałam trening szybkościowy. Po drugim okrążeniu dzieci mówią, że znalazły mój numer startowy na plaży. Pewnie ten silny wiatr go porwał. A ja już myślałam, że ktoś złośliwie zabrał. Zakładam go. Na trasie znów fantastyczne mijanki, pozdrowienia, uśmiechy i doping ze strony znajomych i… nieznajomych. Od początku jazdy rowerem, a potem na biegu zbierałam uśmiechy zawodniczki nr 13. Na czwartej pętli doganiam ją, gdy idzie. To Emilia, robi ostatnie okrążenie. Zachęcam, żeby biegła, skoro tak mało jej do mety zostało. Rzeczywiście podrywa się – super! Na szóstym kółku coraz mniej zawodników na trasie. Ja po nawrotce biegnę prosto drogą na Stare Miasto, ale na szczęście jeden z zawodników woła mnie po imieniu, więc zawracam na właściwą trasę (wielkie dzięki!). Na ostatnim okrążeniu żegnam się z sędzią przy nawrotce, żegnam dzieciaki z punktu nawadniania. Frunę do mety szczęśliwa, że udało mi się zrobić to bez żadnych kryzysów, z przyjemnością. Mam za sobą 21,1 km (wg pomiarów uczestników było to 22,5 km) w 2h16′37″.

Zbliżam się do mety triathlonu - Susz 2009 [singlepic id="151" w="320" h="240" mode="" float="" ]

Metę osiągam szczęśliwie po łącznym czasie 7 godzin 2 minut i 5 sekund.
Tyle trwało uporanie się z moim triathlonowym dziewictwem na dystansie pół-IronMan.


* Moja pianka Orca S2 uratowała mi życie i honor. Bez niej nie dałabym rady przepłynąć kraulem takiego dystansu. W uznaniu zasług i z nadzieją na dalszą owocną współpracę nadałam jej imię Wala. Od teraz TRI-MEL stanową Wala, Jajecznica i ja.

Wyniki Mistrzostw Polski w Triathlonie na Dystansie Długim – Susz, 14.06.2009

{zdjęcia zamieszczę trochę później}

Przygotowania do Susza – część I

Monday, April 27th, 2009

W związku z nowym celem, jakim stał się triathlon w Suszu rozpoczęłam orkę. Zaczęłam znów biegać, jeżdżę więcej na kolarzówce, pływam. Założenia treningowe takie, aby w każdy dzień weekendu kwietniowego zrobić ok. 35-40% dystansu Ironmana, a w tygodniu robić to co się da. Tempo na razie nieważne, byle wytrenować wytrzymałość. Nie zawsze udaje mi się, bo trzy treningi dziennie okazują się prawie niewykonalne zarówno pod względem organizacyjnym (w końcu jestem także mamą i gospodynią domową), jak również wytrzymałościowym, bo nie zawsze moje ciało daje radę. Jeszcze poranny trening na rowerze jakoś ujdzie, potem po śniadaniu basen, ale już po obiedzie moje ciało rozleniwia się zupełnie i marzy o książce, kubku gorącej herbaty i talerzyku pełnym łakoci. A przede wszystkim o pozycji leżącej. I co tu z tym zrobić? Nic. Próbować. Od drugiego weekendu majowego zamierzam zaplanować sobie treningi na poziomie 40-50% dystansu Ironmana. Lepiej planować więcej i zrealizować choć część, niż nie planować niczego i zrealizować to w 100%. Na razie mam mieszane odczucia co do moich możliwości ukończenia połówki w limicie. Ale może o tym w podziale na konkurencje:

Pływanie. Zadecydowałam, że w Suszu popłynę żabką. Po pierwsze dlatego, że umiem, nie męczę się, uda mi się raczej zmieścić w limicie 1 godziny, a po drugie dlatego, że nie mam pianki, która to podobno poza ociepleniem ułatwia pływanie kraulem. Kraula nie jestem pewna nawet wówczas, gdyby mi zaczepiono baloniki nadmuchane helem. Kraul za bardzo mnie jeszcze męczy, nie czuję się pewnie. Nie to co żabka. Na treningach za zwyczaj zaczynam od rozgrzewki 500m lub 1000m żabką, potem ćwiczę kraula z “ósemką” między udami i na koniec dla rozluźnienia też kilka długości spokojną żabką. Ale będę musiała wykroić jeden dzień w tygodniu na spokojny, ukierunkowany na naukę kraula trening. Może się uda, bo mam dostać karnet na Warszawiankę – cudownie: 50m basen z ozonowaną wodą…

Jazda na rowerze. Pokonywane przeze mnie dystanse to jednorazowo 60-80km, zazwyczaj z kilkuminutową przerwą na uzupełnienie płynów i kalorii pośrodku. Ale mogę też bez tej przerwy, tylko muszę sobie bidon jakoś zamontować do Jajecznicy (tak ma na imię moja szosówka). Batonika spokojnie mogę upchnąć w kieszeni. Moja średnia prędkość oscyluje wokół 25 km/h. To jest minimum, którego potrzebuję na przejechanie 90km w 4 godziny, bo muszę doliczyć też zmianę w strefie. Wczoraj poczułam co znaczy siła wiatru. Pod wiatr męczyłam się zgięta wpół z prędkością 20 km/h, a czasami nawet poniżej, podczas gdy z wiatrem frunęłam 30, a nawet dobrze ponad 30km/h z luzem w nogach na najwyższych przełożeniach. Poznałam także co znaczą boczne podmuchy wiatru. Rzucało mną na prawo i lewo. Na szczęście droga była pusta, ale będę musiała o tym pamiętać, przy większym natężeniu ruchu. Ciężko mi idzie jazda pod górę, ale trenuję. Moje uda powoli stają się coraz bardziej stalowe. I nie chodzi mi o kolor.

Zupełnie nie wiem jak mi pójdzie jazda w Suszu po godzinie spędzonej w wodzie, ale podbudowuję się tym, że sobotnio-niedzielne jazdy też nie są tak zupełnie na świeżo, bo w piątek nie robię sobie wolnego.

Bieganie. Tak, wracam. Po rowerze biega się dość dziwnie i to uczucie utrzymuje się przez pierwsze 3-4 km. Potem lepiej. I co dziwne – choć wydawało mi się, że z moją kondycją jest kiepsko, to jednak coś fajnego “otwiera się” we mnie, gdy mam już za sobą kilkanaście kilometrów na nogach. Znów oplata mnie wrażenie, ze mogę tak biec i biec bez przerwy. Oczywiście gdybym tylko miała jakieś punkty odżywcze po drodze i nie musiała wracać ze względu na dzieci. Cudownie! Chcę tego! Stopa nadal boli, a po kilkunastu kilometrach dochodzi jeszcze jakiś dziwny ból kolana i lędźwi po lewej stronie. Ale to można porozciągać i… biec dalej.

Aby nie było, że już wszystko gra, to z jedną rzeczą będę sobie jakoś musiała dać radę. Na razie tempo fatalne. Nie mam specjalnie możliwości porównania tego co teraz osiągam z poprzednimi wynikami, bo nie biegałam na żadnych zawodach, ale zrobiłam raz podbiegi. Kiedyś 400m w Powsinie zajmowało mi 1:48-53, teraz 2:07-10. Spora różnica. W OWB1 jest podobnie.  Mam tylko nadzieję, że dobre tempo przyjdzie samo wraz ze wzrostem jakości treningu. Na razie trzaskamy (Jajecznica i ja) wytrzymałość.