Posts Tagged ‘triatlon’

Jak straciłam dziewictwo

Wednesday, June 17th, 2009

Noc jak zwykle – nie jestem ani wyspana, ani zmęczona. Przyzwyczajona. Rano typowe przygotowania przedstartowe. Ileż to razy już przerabiałam. Bez stresu, niepokoju. Wszystko przygotowane. Po śniadaniu opuszczamy hotel. Zostawiam sprzęt w strefie zmian. Znów patrzę na jezioro, na boje. Oblatuje mnie strach. Spotykam Kubę, który mówi, że dziś tracę dziewictwo. No tak. Nie wiedziałam, że w moim wieku jeszcze coś takiego może spotkać. Zresztą nie tylko ja debiutuję. Michał, Adam, Łukasz, Sebastian… Poczet sztandarowy wciąga flagę na maszt przy akompaniamencie hymnu narodowego. Na baczność. Łzy w oczach. Zresztą były już wcześniej, ale ze strachu. Zupełnie nie wiem, co ja tutaj robię. Wszędzie dookoła profesjonalizm, a ja – amatorszczyzna totalna. Po co ja się na imprezę rangi Mistrzostw Polski pchałam? I to z międzynarodową obsadą! I z takimi limitami! Wokół mnie jacyś mistrzowie, a moja Jajecznica stoi w boksie obok roweru mistrzyni świata Ukrainki Tamary Kozuliny. Ale teraz już wycofać się nie da.

Już czas zakładać piankę. Jednak po tym co się działo z pogodą wczoraj nie mam ochoty marznąć tyle w wodzie. Wypróbuję, choć żadnego doświadczenia z nią nie mam. Oczywiście momentalnie po zapięciu pianki czuję, że znów mi się chce sikać, choć robiłam to przed chwilą. Widać jak dobrze jestem nawodniona. Czepek, okularki. Niektórzy idą na rozpływanie. Ja nie mam zamiaru. Stajemy wszyscy przy pomoście z prawej strony. Teraz krótka prezentacja – każdego wyczytują z listy i przebiega obok sędziów. To sprawdzenie ile osób wchodzi do wody, żeby potem porównać z tym, ile z niej wyszło. Przebiegamy na lewą stronę. Tam czekają kibice – widzę Renię i Darka. Nagle podbiega do mnie gość z mikrofonem, za nim drugi z kamerą i pytają, czy udzielę wywiadu. Udzielam – plotę coś trzy po trzy, bo już emocje we mnie grają (fragmencik z tego puścili w telewizji regionalnej – ale widzowie mają ubaw!). Gdy przybiegają chłopcy z projektu IM2010: Michał, Adam, Romek, Jurek, Paweł razem pozujemy do zdjęć. Ale jeszcze trzeba poczekać aż wszyscy przybiegną, bo startuje ok. 150 osób.

Gdy tak sobie stoimy i rozmawiamy o tym, czy sikać w piance w wodzie czy nie, czuję, że nadchodzi właściwy moment. To są chrzciny*. Sikam teraz. Czuję jak ciepło płynie mi po udach, pochylam się, żeby zobaczyć, czy wypłynie mi nogawkami przy kostkach, ale właśnie teraz widzę, że gawiedź rzuca się lawinowo do wody. Aha, czyli to był start. Powoli podchodzę do brzegu, macham jeszcze kibicom, startuję stoper w zegarku i zanurzam się. Pierwszy moment nieprzyjemny, ale bez przesady, można wytrzymać. Teraz myślę o tym, żeby płynąć, życie ratować i honor, więc sprawy niższego szczebla odchodzą w niebyt. Mam do przepłynięcia 1,9 km w limicie czasu 60 minut.

woda_tri.jpg Nie wiem jak opisać to co się działo. Niby działo się dużo i niedużo. Płynę gdzieś w końcówce. Nawet myślę, że jestem ostatnia, ale przy jakimś zakręcie odwracam się i widzę za sobą kilka żółtych czepków. Obok przepływają kajaki ratowniczo-sędziowskie. Płynę kraulem, ale oczywiście co kilka oddechów muszę podnosić łeb nad wodę, żeby zobaczyć jak krzywo płynę. A płynę krzywo że ho-ho! Na początku tej najdłuższej prostej widzę na nadbrzeżu rodzinę i nawet macham. Na zegarek patrzę trzy razy – 20′, 36′ i 48′. Przy tym ostatnim to już wiem, że w limicie to się raczej mieszczę. Ale przyznam szczerze – to nie jest pływanie. To walka z żywiołem. Czuję się jak okręt na morzu podczas sztormu. I najgorsza ta cholerna świadomość, że limit mnie może zdyskwalifikować. Żeby się pozytywnie motywować myślę o tych wszystkich, którzy mocno we mnie wierzą i trzymają kciuki. Nie mogę się poddać, muszę walczy dalej. Przepychać jak najbardziej ekonomicznie tę wodę, która jest przede mną tak, aby była za mną. Staram się skupiać na technice, ale nic nie wychodzi. Skupiam się interwałami. Parę razy kładę się na plecy i patrzę na niebo, które zaczyna się wypogadzać. Oczywiście, że nie po to, aby podziwiać, tylko po to, żeby spokojnie oddychać. Dopływając do brzegu o mało nie wpływam pod pomost, na którym stoją znajomi kibice. W końcu wychodzę z wody. Zdejmuję czepek i okularki. Patrzę na zegarek: 53′XX”. Zataczam się. Błędnik oszalał. Wchodzę na matę i słyszę jak piszczy.

Biegnę po rower. Sięgam po sznur, żeby rozpiąć piankę i nie mogę go znaleźć. Długo macam zanim w końcu złapię. Jest. Rozpinam. Teraz wyciągam prawy bark, ramię, ale pianka utknęła mi w okolicy łokcia. Lewa ręka cała się trzęsie po wysiłku i nie mam sił, aby to z siebie zdjąć. Bezradnie rozglądam się wokół, żeby mi ktoś pomógł, ale to nieregulaminowe. Biorę spokojny oddech i po długim szarpaniu w końcu się udaje. Z lewą jest podobnie, choć może ciut krócej. Nogawki też nie chcą zejść, więc próbuję na siedząco. W końcu… Teraz ręcznik, koszulka, bluza, skarpety, buty (biegowe, wiązane), kask, okulary. Biorę Jajecznicę i biegnę na trasę rowerową. Wiem, że straciłam tu dużo czasu, ale trudno. Właściwie od teraz cały czas się śmieję. Udało się pływanie, co uważałam za najtrudniejsze, to szansa na ukończenie jest bardziej prawdopodobna niż myślałam jeszcze przed godziną.

Teraz zaczyna się jazda. Od razu przy wjeździe na 22,5 km pętlę biorę połówkę banana, bo wiem, że po pływaniu trzeba uzupełnić kalorie, popijam własnym izotonikiem. Choć tak naprawdę to nie chce mi się pić. Chyba opiłam się nieco wodą z jeziora. Ale trzeba, więc robię co chwila parę łyków. Jedzie mi się dziwnie lekko, dobrze. Wyprzedził mnie Adam. Z naprzeciwka nadjeżdża już czołówka kończąc pierwszą pętlę. A ja sobie spokojnie biorę żel, popijam. Za Suszem droga bardzo sympatyczna, gładki asfalt, jakieś pofałdowania jednak są, choć wydawało mi się, że będzie płasko jak stół. Śmigam i aż nie mogę uwierzyć urządzeniom pomiarowym, że tak szybko mi to poszło. Rozwiązanie tej zagadki przyszło wtedy, gdy zaczęłam jazdę po nawrocie – wiatr. No cholernie mocny wiatr. A czasami podmuchy takie, że obawiam się wylądować na jakimś drzewie. W tamtą stronę wydawało mi się, że wieje bocznie, ale teraz jestem pewna, że prosto w twarz. Te pofałdowania połączone z wiatrem stają się ogromnymi górami. Tempo mi mocno spada. Na dodatek przednia przerzutka nie chcę się dobrowolnie zmienić na mniejszy trybik. Oczywiście już od dawna wyprzedzają mnie Ci najszybsi i zupełnie nie mam pojęcia jak oni to robią, że tak żwawo im to wychodzi. Ale ja się z nimi nie ścigam. Jadę sobie. Na drugiej pętli nadal popijam swój izotonik i zajadam taki śmieszny cukierek ‘ultra’, który mi został po Lipskiej setce. W drodze powrotnej wyprzedzam dziewczynę. Aż się sama sobie dziwię, że to ja wyprzedzam. Taka jakaś mikro duma we mnie urosła. Po jakimś kilometrze oglądam się za siebie, żeby sprawdzić, czy daleko ją odsadziłam i co widzę? Co? CO??? Widzę auto z napisem KONIEC WYŚCIGU. Myślę, że może zjeżdża już do bazy, ale dlaczego mnie nie wyprzedza? Po jakimś czasie znów się oglądam – nadal tam jest. A przecież nie jestem ostatnia. Na pewno wyprzedziłam tę dziewczynę. Czy coś się z nią stało i jedzie w środku? Ale chyba jeszcze na trasie widziałam Sebastiana. Za mną. No nie wiem. Zdziwiona jestem tym autem. Gdy zaczynam trzecią pętlę muszę pobrać bidon z izotonikiem. Dobrze, że nie jest pełen. Na to jedno okrążenie powinno wystarczyć, a wozić tego z powrotem i to po górach i pod wiatr nie zamierzam. Auto uparcie jedzie za mną. Teraz już wiem, dlaczego tak mnie od jakiegoś czasu intensywnie pozdrawiają WSZYSCY uczestnicy, a także wzbudzam spory aplauz wśród kibiców w Suszu i okolicznych wioskach. Wcześniej pozdrawiali mnie tylko jadący z naprzeciwka znajomi, a z tym samochodem to już wzbudzam litość wszystkich. A co tam, niech sobie jedzie. Jednak po nawrocie trzeciego okrążenia krzyczę do kierowcy, że nie jestem ostatnia, że są jeszcze za mną. Jadę sobie dalej i auto sobie jedzie. W końcu nadchodzi właściwy moment, gdy na trasie już nie jest tak gęsto, a mnie potrzeba zrzucić niepotrzebny balast. Staję i chowam się w trawach za drzewem – sikam. Auto mnie wyprzedziło. Gdy ruszam, to jedzie tak wolno, że z łatwością daje mi się wyprzedzić. Pod koniec trzeciej pętli wyprzedza mnie Michał – on już kończy rower, a ja mam jeszcze prawie godzinę pedałowania. Przed czwartym biorę znów pół banana i bidon z izo. Teraz trzeba jeść, żeby podczas biegu mieć siły. Na czwartym okrążeniu lecę jak na skrzydłach (ale znów tylko w jedną stronę). Wyprzedzam nawet ze dwóch chłopaków. Trochę się tam dopingujemy, ale ja czuję, że jestem coraz bliżej celu, więc mnie niesie. Na zawrotce widzę, że auto doczepiło się do tej dziewczyny za mną, choć jeszcze za nią dwóch rowerzystów. Ech… Dziękuję tam sędziom, po drodze macham i krzyczę do kibiców w podziękowaniu za doping. Rzucam dzieciakom bidon na pamiątkę. Pusta, lekka prę do mety. Co prawda czuję na podjazdach ból lewego kolana, ale myślę sobie, że gdyby mi trzeba było jeszcze dłużej jechać, to dałabym radę, bo te 90 km nie dłużyły mi się wcale (wg pomiarów uczestników trasa rowerowa miała 93-94 km). Jazda zajęła mi 3h44′50″.

Teraz znów strefa zmian. Tu nie ma co tracić czasu, tylko trzeba się z tym rowerem przebiec do boxu, ustawić, zdjąć kask (wolno go rozpiąć dopiero gdy się puści rower), zdjąć bluzę, wziąć żel i gnać. Ale nie, sędzia na mnie gwiżdże. Nie założyłam numeru startowego. Jasne. Pochylam się nad swoją skrzynką i zaczynam szukać. Przeglądam dwie torby, zaglądam pod ręcznik, piankę. Nie ma. Nie no, niemożliwe. Jeszcze raz, dokładniej. Szukam, szperam, grzebię – nie ma! Wpadam w panikę, wyrzucam wszystko na trawnik. Nie ma. Mówię sędziemu, że chyba ktoś mi zabrał. Dobrze, mam biec, bo szkoda czasu, a sędziom krzyczeć swój numer. Ja jeszcze raz przeglądam wszystkie moje rzeczy, bo nie wiem jak sędziowie mają mi uwierzyć, chcę już nawet zrywać tabliczkę z mojego roweru, gdy przypominam sobie, że przecież jestem markerem opisana na udzie i ramieniu. Dobrze, to biegnę. Słyszę doping znajomych kibiców.

I fajnie mi się biegnie. Nie mam tego typowego postrowerowego wrażenia związanych nóg. Trasa ma mieć 7 pętli, więc mijam się z mnóstwem zawodników. Po kilometrze czuję, że jestem odwodniona. Biorę kubek wody od dzieciaków. Dopiero biegnąc dalej widzę, że oni zbierają rzucone kubki i znów do nich nalewają. No nieźle. Ale jest mi właściwie wszystko jedno. Niektórzy mnie wyprzedają. Między innym Urlike, ale jej tempo nie jest złe, więc przyklejam się jej do pleców i tak ciągnę za nią kilometr. Potem odpadam. Biegnę swoim. Czuję, się dziwnie zakwaszona, więc piję tylko wodę. Trochę przedtem łykam ociupinkę żelu, bo jednak nie chcę osłabnąć. Jest ciepło, stanowczo za ciepło w tej koszulce. Biegnie mi się bardzo dobrze, choć czuję, że tempo nie jest szalone. Oddech w miarę spokojny, ale nogi nie chcą się bardziej wydłużyć. Niech i tak będzie. Przecież ostatnio zupełnie zaniedbałam trening szybkościowy. Po drugim okrążeniu dzieci mówią, że znalazły mój numer startowy na plaży. Pewnie ten silny wiatr go porwał. A ja już myślałam, że ktoś złośliwie zabrał. Zakładam go. Na trasie znów fantastyczne mijanki, pozdrowienia, uśmiechy i doping ze strony znajomych i… nieznajomych. Od początku jazdy rowerem, a potem na biegu zbierałam uśmiechy zawodniczki nr 13. Na czwartej pętli doganiam ją, gdy idzie. To Emilia, robi ostatnie okrążenie. Zachęcam, żeby biegła, skoro tak mało jej do mety zostało. Rzeczywiście podrywa się – super! Na szóstym kółku coraz mniej zawodników na trasie. Ja po nawrotce biegnę prosto drogą na Stare Miasto, ale na szczęście jeden z zawodników woła mnie po imieniu, więc zawracam na właściwą trasę (wielkie dzięki!). Na ostatnim okrążeniu żegnam się z sędzią przy nawrotce, żegnam dzieciaki z punktu nawadniania. Frunę do mety szczęśliwa, że udało mi się zrobić to bez żadnych kryzysów, z przyjemnością. Mam za sobą 21,1 km (wg pomiarów uczestników było to 22,5 km) w 2h16′37″.

Zbliżam się do mety triathlonu - Susz 2009 [singlepic id="151" w="320" h="240" mode="" float="" ]

Metę osiągam szczęśliwie po łącznym czasie 7 godzin 2 minut i 5 sekund.
Tyle trwało uporanie się z moim triathlonowym dziewictwem na dystansie pół-IronMan.


* Moja pianka Orca S2 uratowała mi życie i honor. Bez niej nie dałabym rady przepłynąć kraulem takiego dystansu. W uznaniu zasług i z nadzieją na dalszą owocną współpracę nadałam jej imię Wala. Od teraz TRI-MEL stanową Wala, Jajecznica i ja.

Wyniki Mistrzostw Polski w Triathlonie na Dystansie Długim – Susz, 14.06.2009

{zdjęcia zamieszczę trochę później}

Sobota w Suszu – mokro i zimno

Tuesday, June 16th, 2009

Po czterogodzinnej jeździe z Warszawy w deszczu docieramy do również zadeszczowanego Susza – moje dzieci Maszka i Maurycy, mój ex-małżonek Misza, “wujek Michał” i ja. Trzy nasze rowery mokły na dachu samochodu, rower Michała rozkręcony jechał sobie wygodnie w suchym bagażniku otulony ciepłą kołderką naszych bagaży. Na miejscu szybka rejestracja dzieci, wizyta pizzerii, rozpakowanie w pobliskim hotelu, przygotowanie rowerów M&M’sów. Wszędzie jakoś pusto, ale im bliżej godziny 15-tej tym więcej samochodów z podoczepianymi rowerami pojawia się na parkingu, miejscowych kibiców ani śladu. Nie dziwi mnie to – komu by się chciało w taki dzień wychodzić z domu – chyba wyjątkowym masochistom. Podczas spaceru po okolicy przyglądam się pomarańczowym bojom na Jeziorze Suskim. Są tak daleko! Przeraża mnie to. Jutro do opłynięcia będę miała jakieś hektary. To nie to co 25 metrów na basenie.

Nareszcie zbliża się godzina startu w zawodach triathlonowych dzieci i młodzików. Do pokonania 150m pływania, 4000m na rowerze oraz 1000m biegiem. M&M’sy rozbierają się do kąpielówek. Inne dzieciaki mają pianki. Makabryczny widok takich małych, chudych, gołych ciałek w zimnym deszczu na tle jeziora, które też za ciepłe nie jest (17oC). Ja w kurtce i pod parasolem trzęsę się zimna, buty mam przemoczone od chodzenia po mokrej trawie.

Maurycy wychodzi z wody - Susz 2009 Start. Ruszają. Moje skarby na szczęście skromnie z tyłu. Jeszcze chwilę widzę ich czepki na tle wody – Maszę rozpoznaję po stylu klasycznym. Ale zaraz znikają gdzieś w oddali. Maszka kończy pływanie - Susz 2009 Pędzę na brzeg, gdzie będą wychodzić z wody. Najpierw oczywiście wychodzą starsi. Czekam, czekam. Gdy już niewiele czepków zostało w wodzie nagle widzę – jest Maurycy! Krzyczę, dopinguję. Za chwilę Ola – koleżanka z Warszawy. Nareszcie Masza.

Maurycy Krzyczę, żeby wiedziała, że jestem przy niej i biegnę w okolice ich punktu zmian. Widzę, jak Maurycy w zielonej koszulce szamocze się z granatowym golfem, który nijak nie chce dać się założyć. Krzyczę, żeby go zostawił, żeby już brał rower i wychodził. Buty, kask. Masza wcześniej się uporała ze swoją bluzą i pierwsza opuszcza strefę zmian. Za nią Ola i Maurycy. Teraz biegnę na trasę rowerową. Widzę jak zaczynają pierwszą pętlę, będę czekać parę minut zanim znów się pojawią. Podziwiam inne dzieciaki świetnie przygotowane z profesjonalnymi rowerami na cienkich kołach, w strojach triatlonowych. Masza Nareszcie pojawia się Maurycy. Za nim Ola. Dalej Masza. Po kilku minutach znów tu będą. A ja w tym czasie czuję jak mi serce wali tak, jakbym to ja startowała. A nic nie mogę robić, tylko stać i się wydzierać. Dopinguję też inne dzieciaki – najmłodszego uczestnika, chłopaka broczącego krwią na lewej nodze, dziewczynki, które dzielnie walczą, Mikołaja z Katowic. Po trzecim kółku dzieci zjeżdżają do strefy zmian – znów w tej kolejności: Maurycy, Ola, Masza. Gdy dobiegam Maurycego już nie ma, Masza startuje do biegu. I znów mi znika gdzieś w oddali na betonowym deptaku. Czekam. Jest Maurycy. Tuż za jakimś chłopakiem. Dopinguję ile mogę. Maurycy na razie jeszcze z tyłu. Potem z relacji Michała dowiem się, że na kilkanaście metrów przed metą zaatakował, wyprzedził, ale chłopak się nie dał i w wyniku tego przegrał z nim o metr, o pół sekundy. Maurycy finiszuje na triathlonie - Susz 2009 Szkoda, bo okazało się, że to była walka o trzecie miejsce w kategorii wiekowej. Tymczasem koło mnie przebiega Ola – doping. Za chwilę pojawia się Masza – jak deja vu też tuż za jakąś dziewczynką. Drę się niesamowicie. Biegnę bokiem na metę, ale nie widzę finiszu, bo zasłaniają mi kibice. Finisz Maszy - Susz 2009 Dopiero na mecie dowiaduję się, że Masza zaatakowała i wygrała ten pojedynek – jak się okazało po analizie wyników to też była walka o trzecie miejsce w kategorii wiekowej. Ale dla mnie obydwoje są dziś zwycięzcami. I herosami.

Po zawodach szybko ewakuujemy się do hotelu, dzieciaki biorą gorący prysznic, wskakują w ciepłe, suche ubrania. Nie bardzo chce im się już wychodzić, ale ja idę odebrać w końcu mój pakiet startowy i chcę pokibicować startującym na dystansie 1/10 Ironmana, czyli 0,38km+18km+4,2km. Zawody wzbudzają we mnie znów wiele emocji – kibicuję znajomym z projektu IM2010. Wypalam się przy tym, czuję się zmęczona i zupełnie nie jestem wyobrazić sobie, że nazajutrz to ja będę startować. Nie czuję w sobie tej gotowości, choć może ona gdzieś tam w środku jest, lecz przykryta emocjami wydarzeń z soboty.

Sprawdzam wyniki zawodów dzieci i dzwonię do nich, aby przyszły na ceremonię dekoracji. Znów stajemy w deszczu pod sceną i czekamy. Długo czekamy. Marzniemy. W końcu organizatorzy przepraszają i zapraszają na ceremonię do hali sportowej za kolejne pół godziny. Dobrze, że przynajmniej pod dachem, w cieple. Znów opóźnienia, ale nareszcie zaczyna się dekoracja. Masza staje na podium, jestem szczęśliwa, a jednocześnie żal mi Maurycego – musi sobie sam poradzić z tą porażką. Może przekuje się ona na większą pracę i lepsze przygotowanie do następnego startu? Może będzie chciał się odegrać. Może nie popełnimy tylu błędów, które kosztowały nas sporo czasu. A może zupełnie zniechęci się do triathlonu? Tego na razie nie wiadomo. Okaże się za jakiś czas.

Po dekoracji zaczyna się odprawa dla startujacych w niedzielnych zawodach na dystansie długim, czyli pół-Ironman (1,9km+90km+21,1km). Po odprawie pasta-party. Wyżerka na całego i miłe rozmowy z uczestnikami, których dopiero poznaję. Wiele osób mnie rozpoznaje ze zdjęcia, wiele osób zaczyna rozmowę od słów “czytałem/czytałam Twój blog”. Myślałam, że jestem znana tylko w środowisku biegaczy, a okazuje się, że triatleci też już mnie kojarzą. Serdecznie Was wszystkich pozdrawiam! Tak miło mi było Was spotkać, porozmawiać, widzieć Wasze uśmiechy, słuchać Waszych porad, Waszych wspomnień z poprzednich startów. Ładowaliście mnie niezwykle pozytywną energią. Może kiedyś Wam się odwdzięczę tym samym albo czymś innym. Albo nie Wam, tylko komu innemu. Ale na pewno te dobre wibracje przekażę dalej.

Wyniki zawodów dzieci i młodzików

Przełom

Thursday, April 16th, 2009

Wczoraj, 15 kwietnia 2009 roku nastąpił przełom. Wiele tego dnia się wydarzyło. Najważniejsze – po południu. Masza i Maurycy od prawie dwóch lat są uczestnikami zajęć sekcji Skoki do Wody w Pałacu Młodzieży. Wczoraj po raz pierwszy Maurycy skoczył z wieży z wysokości 10m (wykonał ten skok dwukrotnie), a Masza po raz pierwszy skoczyła z wysokości 7,5m (także dwukrotnie). Gdy się o tym dowiedziałam to o mało nie siadłam z wrażenia. Nie przypuszczałam, że tak szybko będą skakać z takich wysokości. Są naprawdę bardzo odważne. A ja jestem z nich dumna.

A rano postanowiłam pobiegać. Jedna pętla po Lesie Kabackim. Tempo spokojne, kondycja fatalna, ból stopy nieustanny. A potem przeczytałam o triathlonie w Suszu w czerwcu. I napaliłam się. Wydaje mi się, że jestem w stanie podołać zadaniu i zmieścić się w limicie 7:30 (1,9km pływania – limit 1 godziny, 90km na rowerze – limit z pływaniem 5 godzin, a na koniec 21,1km biegiem). Tak bardzo mnie to rozgrzało, że pomyślałam o tym, że jeśli uda mi się ukończyć tri w Suszu, potem dobrze przepracować lipiec i sierpień oraz stanie się jakiś cud i moja stopa wróci do normalności, to we wrześniu w Borównie zaryzykuję cały dystans Ironmana, a nie połówkę. Tak się napaliłam…

…że nawet zaczęłam się cieszyć z tej stopy, dzięki której przestałam stukać kilometry biegiem, a zaczynam jeździć na szosówce i uczę się porządnie pływać kraulem. No bo ileż można biegać i biegać. Trzeba coś nowego. Dziękuję za objawienie, ale teraz to już proszę, aby stopa wróciła do normy, bo czeka mnie ciężka orka. Właśnie ją zaczynam.