Posts Tagged ‘wspomnienia’

Macondo

Thursday, April 30th, 2009
Hildegard of Bingen Tree of Life

Tree of Life, Hildegard of Bingen
“Macondo era entonces una aldea de veinte casas de barro y cañabrava construidas a la orilla de un río de aguas diáfanas que se precipitaban por un lecho de piedras pulidas, blancas y enormes como huevos prehistóricos. El mundo era tan reciente, que muchas cosas carecían de nombre, y para mencionarlas había que señalarlas con el dedo.”
Cien años de soledad, Gabriel García Márquez
“At that time Macondo was a village of twenty adobe houses, built on the bank of a river of clear water that ran along a bed of polished stones, which were white and enormous, like prehistoric eggs. The world was so recent that many things lacked names, and in order to indicate them it was necessary to point.”
One Hundred Years of Solitude, Gabriel Garcia Marquez
W czasach gdy wiele rzeczy nie miało jeszcze nazw, rozmiar świata nie przekraczał naszych możliwości poznania. Pytania o to, co kryje się poza jego granicami, nie niepokoiły jeszcze wystarczająco często, aby przeszkadzać w radości codziennego przebywania wśród obiektów znanych i przewidywalnych. Rozbiegające się w różnych kierunkach i rozmyte deszczami drogi z trudnością docierały do okolicznych lasów, aby zupełnie zaginąć wśród drzew i mokradeł. Kusiły obietnicą przeniesienia w rejony obce i tajemnicze, ale ich stan usprawiedliwiał pospieszną rezygnację z nieprzemyślanych planów ucieczki i powrót do pól w sąsiedztwie wioski.

W tym obszarze środkowym, pomiędzy zagrodami a nieznanym i obcym światem zewnętrznym, czułem się najlepiej. Rozległy i różnorodny, jednocześnie koił i zaskakiwał.  Karmił dzikim szczawiem, poziomkami i jeżynami na miedzach, owocami w opuszczonych gospodarstwach i ziemniakami pieczonymi w ogniskach z łętów. Obmywał wodą glinianek i stawów, cieszył uszy śpiewem ptaków, oczy chabrami i polnymi makami.  Czasami trzeba było się odwdzięczyć pracą przy grabieniu trawy, wiązaniu snopków zboża, czy zbieraniem ziemniaków, ale nie było tej pracy dużo, tyle tylko, aby przekonać dorosłych, że nie jesteśmy zupełnie bezużyteczni w tym bytowaniu celowym i praktycznym.

Wioska opierała się na dwóch wzgórzach, które umieszczone na północnym jej skraju, łagodnie wystawiały ją do słońca. To od wschodu było mało odwiedzane i kojarzyło się z niebezpieczeństwem. Może straszyły wypełnione kawałkami zwęglonego drewna doły służące jesienią do suszenia lnu, może odstręczał jego kształt – stroma skarpa od południa i krótki stok północny nie nadający się do długich zjazdów na sankach. Starsi z nas bawili się zeskakując ze wschodniej części grzbietu na kupy piasku nad dole wyrobiska. Chcąc nas przestraszyć, opowiadali o ogniach pojawiających się w pobliskim lesie przenoszonych nocą przez ubrane na czarno tajemnicze postacie.  Któryś z nich pobiegł kiedyś za taką postacią i końcem kija odkrył pokrywający ją kaptur — przerażenie odjęło mu mowę.  Pod kapturem była pustka i rozgwieżdżone niebo, mimo jesiennych chmur w świecie realnym.

Wzgórze zachodnie oferowało więcej zabawy. Łagodnie pochylony stok północny pozwalał wiosną na turlanie się do zawrotu głowy, nawet jeśli siadanie na ziemi przed świętym Janem groziło dostaniem wilka.  Zimą zjeżdżaliśmy tam na sankach, jesienią wdrapywaliśmy się na dziką gruszę strząsając na ziemię cierpkie owoce, które w jesiennym słońcu zamieniały się w ulęgałki.  Zmęczeni zabawą zasypialiśmy wśród brzęku os, aby obudzić się w podmuchach wiatru zapowiadającego zmianę pogody.

To był mój świat i obecność innych nie psuła poczucia wyłączności.   Potwierdzałem je rytuałem wymagającym sporo wysiłku, ale efekt wynagradzał wysiłek z nawiązką a ryzyko powiększało tylko ochotę na powtórne wykonanie.   Największą satysfakcję osiągało się na wiosnę, w porze kwitnienia sadów, ale inne pory roku też cieszyły.  Na płycie kuchennej stawiałem krzesło, na krześle stołek.  Po wdrapaniu się na stołek wspinałem się na palce aby odsunąć płytę zakrywającą wejście na strych.   Z trudnością podciągałem się na ramionach aby zaczepić nogę o brzeg otworu i przetoczyć się na podłogę strychu.  Strych był tajemniczy, ciemny, pachniał gliną pomieszaną ze słomą, drewnem i kurzem starych mebli i książek.  Wszystkie te dystrakcje nie zatrzymywały mnie przed głównym celem tych zabiegów, który był już tak blisko.  Trzeba było jeszcze użyć kolejnego połamanego krzesła i końcem kija uchylić zakurzone okno w dachu.  Przez to okno wychodziłem na dach, aby stamtąd obejrzeć wioskę i okolice.  Domy, drzewa, drogi, wzgórza, pola, lasy — moje Macondo oddawało mi pokłon, a ja, potężny i lekki jak pióro, akceptowałem ten hołd i przyjmowałem wszystko w ponowne panowanie, pan na włościach, w centrum swojego świata, jedyny, ale nie samotny, i przez ten krótki moment wszystko było takie jakie powinno było być.

Allow me to introduce myself

Saturday, April 18th, 2009
“Please allow me to introduce myself
I’m a man of wealth and taste
I’ve been around for a long long year
stolen many man’s soul and faith
I was around when Jesus Christ
had His moment of doubt and pain
Made damn sure that Pilate
washed his hands and sealed His fate
Pleased to meet you hope you guess my name
But what’s puzzling you
is the nature of my game”
“Dzieciństwo miałem spokojne i piękne. Kiedy miałem 7 lat, śniło mi się, że posiadam zdolność lotu.”
“I was born at Geneva, in 1712, son of Isaac Rousseau and Susannah Bernard, citizens. My father’s share of a moderate competency, which was divided among fifteen children, being very trivial, his business of a watchmaker (in which he had the reputation of great ingenuity) was his only dependence.”
Wybaczcie, ale nie miałem okazji przedstawić się. W tym miejscu oczekiwane jest podanie imienia, nazwiska, albo obojga. Nie ułatwię sobie zadania w tak niewyrafinowany sposób – w definicji ważniejsza jest strona prawa. Nie mam więc wyboru, przedstawiając się, muszę sporządzić życiorys. Jak więc powinienem się opisać? Zawsze sądziłem, że jestem niepowtarzalny, z oporami więc korzystam z gotowych wzorów.

“Dzieciństwo miałem spokojne i piękne…” Jedno z najwcześniejszych wspomnień to obraz mężczyzny jedzącego szklankę. Otoczony grupą gapiów systematycznie gryzł i połykał kawałki szkła, czemu towarzyszyły stosowne efekty dźwiękowe. Pamięć zawodzi w potwierdzeniu, że spożył też denko. Z trudnością lokuję siebie w tym żywym obrazie – chyba ukrywałem się pod stołem. Jak się tam znalazłem, dlaczego nikt się mną nie zajął – nie wiem. Musiała mnie przyciągnąć fascynacja widzów. Wspomnienie jest bardzo wyblakłe, nie zachowały się żadne emocje, jedynie głośne dźwięki rozmów i muzyki, duszne zapachy papierosów i alkoholu. Były to czasy zanim elektryczność zawitała do małej wioski, w której rodzice byli nauczycielami. Twarze artysty i widzów migotały więc w dynamicznym chiaroscuro płomienia lampy naftowej. Nie waham się użyć określenia „artysta”. Nieznany mi mężczyzna był przecież artystą – prawdziwym kaskaderem sztuki, bez wahania ryzykującym zdrowie dla zapewnienia widzom odrobiny wytchnienia od tortury banalnej egzystencji.